sobota, 20 stycznia 2018

27 września 2000 – środa (Ren)

Była czwarta nad ranem. Siedziałem przy kuchennym stole, wpatrując się tępym wzrokiem w tarczę zegara. Czułem, jakby zła wróżka rzuciła na mnie klątwę czasu. Zamknęła na spodzie klepsydry, nie miałem szans na wydostanie się, za to wiedziałem, że każda miniona sekunda skraca  moje życie o kolejną dawkę tlenu.
To właśnie czułem, nie wiedząc gdzie znajduje się Kati. Co właśnie robi? Czu jest bezpieczna? Na pewno jest głodna… Przecież oprócz tego idioty Keiji’ego, nie ma na tym świecie nikogo!
Cisza panująca w domu mnie przygnębiała. Za dnia było dużo lepiej. Przyjaciele rozmowami podnosili mnie na duchu. Chociaż byłem dla nich oschły i zimny, nikt mnie nie obwiniał, nie osądzał. Starali się wpoić mi, że to nie moja wina. Ja jednak miałem cały czas wrażenie, że zawaliłem na całej linii.
Postanowiłem, że nie zasnę dopóki nie odnajdziemy Kati. Mój organizm miał jednak inne plany. Siedząc przy kuchennym stole powoli odpływałem w ramiona Morfeusza, kiedy ktoś zaczął walić do drzwi.
Od razu się obudziłem. Wstałem na równe nogi i pobiegłem otworzyć. W moim sercu migotała nadzieja, że po drugiej stronie wejścia zobaczę Kati.
I niestety w połowie miałem rację...
- Wy ją do tego doprowadziliście, więc teraz jej pomóżcie! - Wstrząsnął Kei. Był przerażony. I wcale mu się nie dziwie - sam miałem zimne ciarki na plecach.
- K-kati... - Szepnąłem.
Nie wierzyłem w to co widzę.
Kei na rękach trzymał dobrze mi znaną dziewczynę, ale teraz... Kati zupełnie nie była do siebie podobna.
Włosy miała splątane, całe w kołtunach, do tego tłuste, co było widoczne na pierwszy rzut oka. Jej skóra była czarno-fioletowa, gdzieniegdzie pokryta dziwnymi purchlami, z których sączyła się biała maź. Strasznie pachniała. Musiałem zakryć usta, aby mój wycieńczony przez ostatnie dni głodówki żołądek nie zrobił mi psikusa.
Nie mogłem się nad sobą użalać. Kati była w o wiele gorszym stanie. Drżała. Mimo iż była nieprzytomna, jęczała głośno. Był to odgłos bólu i cierpienia.
Automatycznie odsunąłem się od drzwi, wpuszczając Kei’a do środka.
- Co tu się... - Anna schodziła ze schodów. Była juz całkowicie rozbudzona. Wyglądała jakby coś strasznego wybiło ją ze snu. Zamarła widząc w jakim stanie jest Kati. Zakryła usta i nos ręką. - O mój...
- Nie stójcie tak! No..! No dalej! - Kei był spanikowany.  Krzyczał jak opętany, coraz mocniej tuląc Kati do siebie. - No róbcie coś!!
Anna pierwsza oprzytomniała. Położyła rękę na czoło dziewczyny, po czym wezwała Basona i kazała mu obudzić wszystkich w domu. W sumie nie musiał wykonywać tego rozkazu. Chłopaki już wstali - ich zmysł szamana podpowiedział, że coś jest nie tak.
- Pokażcie mi ją... - Na schodach pojawiła się Kino. Schodziła w dół, wyszukując kolejnego stopnia swoją drewnianą laską. Kei pobiegł do niej, wspinając się kilka stopni w górę.
- Nie wygląda najlepiej... – Szepnął przerażony Ryu.
Kino westchnęła głośno. Wyciągnęła rękę i położyła ją na czole Kati. Mruknęła z niezadowoleniem, marszcząc jednocześnie brwi.
- Nie jest dobrze. To nie jest ludzka choroba, ale  jej ciało potrzebuje pomocy.
Do akcji włączył się czynnie Faust, który przybył do pomieszczenia z Eliza i teczką wypełnioną narzędziami lekarskimi i lekami.
- Połóż ją na stole. – Polecił blondyn, patrząc znacząco na młodego Ito.
Brunet bez zastanowienia wykonał zadanie. Przy Fauście od razu stanęła Kino oraz Anna. Staruszka zaleciła całej reszcie, abyśmy zaczekali na wynik badania w salonie. Kei od razu zaczął się stawiać, ale Horo szybko go uciszył.
„Faust jest lekarzem, pozwól mu pracować.”
Niemiec zajął się swoją pracą. Zmierzył Kati temperaturę, osłuchał ją, zajrzał do ust i zbadał reakcję źrenic na światło.
Po tym wszystkim stanął w wejściu do salonu, gdzie wszyscy czekaliśmy zniecierpliwieni na jego słowa.
- Niedobrze... W domu nie zdołamy jej pomóc. Musimy zabrać ją do szpitala.
- Yoh, dzwoń do Manty. - Powiedziałem. Mój własny głos wydawał mi się obcy. Tak jakby wszystko dookoła działo się bez mojego udziału.
Niestety byłem tu. I Kati też tu była. Bezbronna, ranna, konająca z bólu.
Każdy spojrzał na mnie z niezrozumieniem w oczach. Przewróciłem z politowaniem oczami.
- Przecież jego rodzina ma prywatne szpitale! Czy tylko ja tu myślę?! – Krzyknąłem, będąc zarazem wściekły, jak i zrozpaczony.
- A, no tak! Jasne! - Yoh rzucił się w stronę telefonu.
- Co jej jest?! - Zapytał przerażony Kei.
- Złe moce opętały jej ciało. Ounyo~sama jest niezwykła. – Za Faustem stanęła Kino. Widać było, że jest wstrząśnięta całym wydarzeniem. Jej zawsze poważny głos lekko drżał. - U ludzi i szamanów zaraza działa inaczej. Najpierw plami im dusze, a do skażenia ciała dochodzi bardzo rzadko. U Ounyo~sama zaraza zadziałała w inny sposób. Pewnie dlatego, że Księżniczka ma silnego ducha, ale wątłe ciało.
- Jaka zaraza?! Co to jest?! – Podszedłem do staruszki dość agresywnym korkiem.  
- Zaraza to zaraza. Choroba duszy czy ciała, wyniszcza i zabija. Niestety w tej chwili nie możemy nic na to poradzić. Jedyne co nam pozostaje, to pomóc jej ciału przetrwać tą nierówną walkę i wspierać duchowo Ounyo~sama.
- Jak to nie możesz jej pomóc?! – Wrzasnąłem, łapiąc staruszkę za ramiona. Patrzyłem na nią przerażony.
- Ren, spokojnie... - Horo położył mi dłonie na ramionach, odciągając mnie tym samem od Pani Kino.
- Jak ja mam być spokojny?! – Wyrwałem się z uścisku Śnieżynki, jednak aby nie popełniać błędu zrobiłem krok w tył.
- Dlaczego nie może jej pani pomóc?! - Po drugiej stronie Kino stanął Kei. Nawet nie wiem kiedy się zbliżył. Moja orientacja była bliska zeru.
- Ounyo~sama musi sama sobie z tym poradzić. Nie mam mocy, które mogłyby ją uleczyć... Może Król Duchów, ale na pewno nie ja...
- Więc zawieźmy ją tam! - Złapałem się mocno na włosy, nieświadomie wyrywając kilka kosmyków.
- Nie przeżyje takiej podróży. - Mój entuzjazm został szybko zabity przez Fausta.
- Mamy miejsce w szpitalu! - Krzyknął Yoh. - Na kartce jest adres!
- Lecimy tam! - Zarządziłem.
- Jak? Masz jakieś śmigło w du.. - Uniósł się Ito.
- Mam coś znacznie lepszego... – Poszedłem do kuchni. Zapach otaczający Kati znów przyprawił mnie o mdłości. Wziąłem się jednak w garść. Delikatnie i ostrożnie podniosłem dziewczynę. Była rozpalona, jakby jej wątłe ciało płonęło od wysokiej temperatury. Do tego zdawała się być dużo cięższa niż wcześniej.
- Yoh, podaj mi Miecz Błyskawicy! – Krzyknąłem w stronę przyjaciela, kierując się w stronę wyjścia z domu.
- Lecimy z tobą. – „Ostrzegła” Anna, która zaczęła się ubierać w odzież wierzchnią.
- Nie możemy zabrać się wszyscy, szpital to nie miejsce na zbiegowiska. – Głos zabrała najstarsza z rodu Asakurów. – Leci z wami Mikihisa, Yoh i Anna. Ja wraz z mężem przyjedziemy do was taksówką.
- Ja też lecę! – Zapowiedział młody Ito. Po jego minie widać było, że nie żartuje. Tak naprawdę chyba nie do końca wiedział co to znaczy „lecieć” w naszym wykonaniu.
Yoh przyniósł Miecz Błyskawicy. Z niechęcią przekazałem Kati w ręce Keiji’ego, aby wykonać kontrolę ducha.
Po chwili cała nasza szóstka mknęła nad Tokio na ogromnym Basonie. Lecieliśmy na pełnym gazie.
Kei tuliłem do siebie jęczącą z bólu Kati. Widziałem, że była ledwo żywa. Co mogło jej się przydarzyć? Przecież dwa dni temu była zdrową, szczęśliwą dziewczyną! Pełną nadziei i miłości do świata. A teraz..?
Kati uchyliła oczy. We mnie zaiskrzyła wiara w ozdrowienie szatynki. Jej wzrok był jednak nieprzytomny.
- Ren…? – Zapytała cicho, patrząc na twarz młodego Ito. Po chwili jednak uśmiechnęła się delikatnie. – Nie… Kei…
- Kati cichutko, nic nie mów. Zaraz ci pomożemy! Nie trać sił... Trzymaj się, Maleńka… - Szeptał brunet, tuląc do siebie dziewczynę.
- Ona... Ona się uśmiechała... – Szatynka nie zwracała uwagi na słowa przyjaciela. Uśmiechnęła się delikatnie, a w jej oczach można było zauważyć iskierki radości.
Po chwili jednak dziewczyna spięła się. Krzyknęła głośno z bólu i ponownie zemdlała.
Przyspieszyłem.
Czułem w sercu mieszane uczucia. Z jednej strony to Keiji tulił do siebie Kati, ale z drugiej… To moje imię wypowiedziała jako pierwsze!
Zganiłem się mocno w duchu. W takiej sytuacji ja robię jej w myślach scenę zazdrości?! Jestem strasznym facetem… Dobrze, że chociaż jestem szamanem i mogłem jej pomóc w szybkim dotarciu do szpitala. To chyba moja jedyna zaleta…
Na miejscu wszyscy byli już poinformowani, iż sam Oyamada~sama przysłał tu swoją chorą przyjaciółkę. Faust od razu zaczął wszystko tłumaczyć drugiemu lekarzowi. Anna jako jedyna kobieta poszła za Kati, którą pielęgniarki zabrały do jednego z pokoi na szpitalnym łożu.
Mikihisa zniknął gdzieś w tym całym szaleństwie – w końcu ucieczka od problemu to jego ulubiona broń.
Na korytarzu zostaliśmy ja, Kei i Yoh. Całą trójką siedzieliśmy na miękkich fotelach znajdujących się w poczekalni.
We mnie aż się gotowało. Myślałem, że zaraz nie wytrzymam i obrócę cały ten szpital w perzynę.
- Idę tam! - Zerwałem się z miejsca.
- Ren, spokojnie. Jest w dobrych rękach. - Yoh próbował mnie uspokoić, używając w wypowiedzi tego swojego zawsze zrównoważonego tonu.
- W dobrych rękach?! Chyba jej nie widziałeś, że tak mówisz! – Wrzasnąłem patrząc z nienawiścią na młodego Asakurę.
- Jeszcze nigdy nie była w tak złym stanie... - Kei schował twarz w dłonie. Westchnął rozpaczliwie, po czym rzucił się na mnie.
- To woja wina, cholerny egoisto! Gdybyś lepiej jej pilnował..!
Wrzasnął wściekły. Zaczęliśmy wymierzać sobie silne ciosy. Żaden nie dbał o stan tego drugiego. Byliśmy niczym zwierzęta. Liczyło się jedynie wyładowanie emocji na tym drugim osobniku.
Oczywiście Yoh od razu starał się nas rozdzielić, ale z oczywistych powodów nie było to takie proste.
- Jak wy się zachowujecie! – Asakura spojrzał na nas z rozpaczą, ale to również nie poskutkowało.
Dopiero donośny, twardy, a zarazem sympatyczny głos drobnej pielęgniarki zwrócił naszą uwagę.
- Macie natychmiast opuścić szpital! – Powiedziała, patrząc na nas jak na największych idiotów na świecie. – Dostajecie zakaz na wchodzenie tu, dopóki nie zmądrzejecie! Wasza przyjaciółka jest bardzo chora, a wy urządzacie tu przedstawienie. Typowi faceci! To kobieta jest ranna, a oni zachowują się jakby najbardziej cierpieli! No, co tak patrzycie? Macie iść i przemyśleć swoje postępowanie! Jak wrócicie opatrzę wam rany! Wyglądacie jakbyście oboje wracali z frontu, ale najpierw musicie ochłonąć!
Czułem się jak dziecko w podstawówce, zbesztane przez nauczycielkę. W sumie… Tak też się zachowaliśmy.
Oboje, ze spuszczonymi głowami, w zupełnej ciszy pełnej wstydu wyszliśmy przed szpital. Kei poszedł usiąść na ławkę, a ja oparłem się o pień  pobliskiego drzewa. Splunąłem kilka razy krwią zabarwiając trawę na czerwono.
- Rozciąłeś mi wargę kretynie… - Wydukałem.
- Idź się poskarż tej pigule. – Odgryzł się młody Ito, patrząc na mnie spode łba.
Nic nie odpowiedziałem. Trzeba mu przyznać, ma chłopak ciętą ripostę. I mocne uderzenie. Niby to tylko człowiek, a bije się jak wytrenowany szaman!
Wytarłem usta dłonią. Powolnym krokiem podszedłem do ławki, na której siedział brunet. Usiadłem na przeciwległym końcu, jak najdalej od niego.
- To moja wina… Nigdy nie umiałem jej zrozumieć. Tak naprawdę… – Kei westchnął głośno. Wyjął z kieszeni czerwonej kurtki paczkę papierosów i zapalniczkę. Szybko odpalił zwiniętą w bibułkę dawką tytoniu. Zaciągnął się mocno.
Ja nic się nie odezwałem. Przyglądałem mu się dokładnie, w międzyczasie rozmasowując sobie poobijane kłykcie.
- Zawsze chciałem jej pomóc, ale nie umiałem… Po śmierci macochy często do nas przychodziła, unikała domu. Nie do końca rozumiałem dlaczego? W końcu powiedziała mi, że duch Aizawy~san siedzi w pokoju i cały czas ją obserwuje. Oczywiście wyśmiałem ją. – Prychnął pod nosem, kręcąc z politowaniem głową. Zrobił dłuższą przerwę na mocniejsze zaciągnięcie się papierosem. – Moce uzdrowicielki umiałem sobie jakoś wytłumaczyć. No wiesz, złote ręce, pozytywna energia… Ale duchy? Zawsze byłem do nich sceptycznie nastawiony. Duch stróż? Śmiechu warte… Jakby ludzie naprawdę mieli anioły, broniące ich przed złem, to świat nie byłby takim okropnym miejscem.
Zaśmiałem się pod nosem. Chłopak spojrzał na mnie z niezadowoleniem. Chyba nie takiej reakcji się spodziewał.
- Wybacz… Po prostu to nie tak działa.
- Teraz wiem… Twój Bason jest… No łał. Leciałem na duchu. – Kei brzmiał, jakby sam siebie uświadamiał w tym fakcie. Wsunął opakowanie z fajkami i zapalniczkę ponownie do kurtki. Przeczesał palcami włosy. – Ona potrzebowała kogoś kto ją wyciągnie z tego bagna. Potrzebowała was… Wy ją rozumiecie.
- Nie do końca. Schrzaniłem wszystko… Powinieneś mnie zabić. Zraniłem ją… - Przyznałem to na głos nie tylko przed brunetek, ale i przed samym sobą.
- Jak przestanie mnie boleć brzuch, to ci znowu przywalę… Masz mocny strzał Krasnoludku.
- Idź się poskarż tej pigule. – Warknąłem.
Kei zaśmiał się pod nosem. Chwilę posiedzieliśmy w milczeniu, aż w końcu Ito spalił papierosa i wyrzucił peta do kosza.
- Ren, to prawda z tą całą Księżniczką?
- A jak myślisz? – Odpowiedziałem pytaniem na pytanie.  Znów zapanowała między nami cisza.
- Nie mogę w to uwierzyć. - Westchnął Kei. – Moja Kati Księżniczką Duchów…
Fuknąłem dość głośno. Nawet nie chodziło o to, że Ito nazwał Kati per „moja”. Byłem zły, że to wszystko tak się potoczyło. Czy zawsze jak już zacznie się układać, coś musi zawsze pójść nie tak? Jak to jest w tym parszywym życiu?
- Kati jest niezwykła. Inna niż wszystkie dziewczyny. Cały czas się uśmiecha, jest radosna… Pomaga innym, chociaż sama nie ma nic. Nie liczy pieniędzy, nie zależy jej na bogactwie… Jak jej powiedzieliśmy o tym, że jest Księżniczką… Posmutniała. Tak strasznie… I od razu zaczęła martwić się, że zostawi ciebie i twoich rodziców…
Kei uśmiechnął się.
- Zawsze taka była. Jak jej dałem pieniądze, umiała kupić sobie coś do jedzenia, a potem oddać to jakimś innym bezdomnym. Nigdy nie chciała…
- Nie mówmy o niej jakby umarła. – Powiedziałem nagle bardzo poważnym tonem. Spojrzałem na niego ostro.
- Widzisz w jakim jest stanie! Ona… Przelewała mi się przez ręce… I ta jej skóra… Znam ją od urodzenia, a jej nie poznałem…
- Faust nie jest zwykłym lekarzem. On jej pomoże. Na pewno jej pomoże… Mi pomógł. – Zacząłem bawić się w Kei’ego i to ja zacząłem zapewniać samego siebie na głos, że „wszystko będzie dobrze”.
- A jak wyzdrowieje… To co dalej? – Ito spojrzał na mnie pytająco.
- Nie wiem… - Odpowiedziałem szybko. – Jej tytuł książęcy… Komplikuje wszystko.
- A co? Jej królewska rodzina nie zechce takiego biedaka jak ty? – Brunet chyba nie mógł oprzeć się tym złośliwym uwagom.
- Akurat moja rodzina jest bardzo bogata i wpływowa. Jesteśmy właścicielami kilku hoteli i lotnisk, więc o pieniądze nie musisz się martwić.
- Więc Paniczu co takiego jest z Kati nie tak, że jej książęcość wszystko komplikuje?
- I tak nie zrozumiesz… - Parsknąłem niczym rozjuszony kot. - Nie będę mógł się z nią spotykać, aż nie zostanę Królem Szamanów.
- Co? – Ito spojrzał na mnie zaskoczony.
- Tu jesteście… Uspokoiliście się już? – Za nami pojawił się Yoh.
- Co z Kati? – Zapytaliśmy jednocześnie.
- Nic nie wiadomo. Anna nie wychodziła, a pielęgniarki nie chcą nic powiedzieć… - Asakura westchnął cicho. Widziałem po jego minie, że również nie czuł się najlepiej. - Ale ja w innej sprawie. Ren, musisz załatwić transport.
- Dla Kati?
- Nie. Dla Wielkiej Rady. Chcą tu przylecieć. Ojciec ich powiadomił o całej sytuacji…
- Jasne, zaraz zadzwonię do Jun.
Zaoferowałem się. Wyjąłem z kieszeni telefon i wybiłem odpowiedni numer.
Jedno jest pewne.
Zrobię wszystko, żeby Kati wyszła z tego cało.
Wszystko!

1 komentarz:

  1. To jest po prostu piękne i cudowne i... i no nie wiem jak to określić... dobra nie jestem na polskim :p więc po prostu fajne. Mam nadzieję, że ta historia dostanie pięknę zakończenię i że napiszesz jej kontynułacje.

    OdpowiedzUsuń