Była
czwarta nad ranem. Siedziałem przy kuchennym stole, wpatrując się tępym
wzrokiem w tarczę zegara. Czułem, jakby zła wróżka rzuciła na mnie klątwę
czasu. Zamknęła na spodzie klepsydry, nie miałem szans na wydostanie się, za to
wiedziałem, że każda miniona sekunda skraca
moje życie o kolejną dawkę tlenu.
To
właśnie czułem, nie wiedząc gdzie znajduje się Kati. Co właśnie robi? Czu jest
bezpieczna? Na pewno jest głodna… Przecież oprócz tego idioty Keiji’ego, nie ma
na tym świecie nikogo!
Cisza
panująca w domu mnie przygnębiała. Za dnia było dużo lepiej. Przyjaciele
rozmowami podnosili mnie na duchu. Chociaż byłem dla nich oschły i zimny, nikt
mnie nie obwiniał, nie osądzał. Starali się wpoić mi, że to nie moja wina. Ja
jednak miałem cały czas wrażenie, że zawaliłem na całej linii.
Postanowiłem,
że nie zasnę dopóki nie odnajdziemy Kati. Mój organizm miał jednak inne plany.
Siedząc przy kuchennym stole powoli odpływałem w ramiona Morfeusza, kiedy ktoś
zaczął walić do drzwi.
Od
razu się obudziłem. Wstałem na równe nogi i pobiegłem otworzyć. W moim sercu
migotała nadzieja, że po drugiej stronie wejścia zobaczę Kati.
I niestety
w połowie miałem rację...
-
Wy ją do tego doprowadziliście, więc teraz jej pomóżcie! - Wstrząsnął Kei. Był
przerażony. I wcale mu się nie dziwie - sam miałem zimne ciarki na plecach.
-
K-kati... - Szepnąłem.
Nie
wierzyłem w to co widzę.
Kei
na rękach trzymał dobrze mi znaną dziewczynę, ale teraz... Kati zupełnie nie
była do siebie podobna.
Włosy
miała splątane, całe w kołtunach, do tego tłuste, co było widoczne na pierwszy
rzut oka. Jej skóra była czarno-fioletowa, gdzieniegdzie pokryta dziwnymi
purchlami, z których sączyła się biała maź. Strasznie pachniała. Musiałem
zakryć usta, aby mój wycieńczony przez ostatnie dni głodówki żołądek nie zrobił
mi psikusa.
Nie
mogłem się nad sobą użalać. Kati była w o wiele gorszym stanie. Drżała. Mimo iż
była nieprzytomna, jęczała głośno. Był to odgłos bólu i cierpienia.
Automatycznie
odsunąłem się od drzwi, wpuszczając Kei’a do środka.
-
Co tu się... - Anna schodziła ze schodów. Była juz całkowicie rozbudzona.
Wyglądała jakby coś strasznego wybiło ją ze snu. Zamarła widząc w jakim stanie
jest Kati. Zakryła usta i nos ręką. - O mój...
-
Nie stójcie tak! No..! No dalej! - Kei był spanikowany. Krzyczał jak opętany, coraz mocniej tuląc Kati
do siebie. - No róbcie coś!!
Anna
pierwsza oprzytomniała. Położyła rękę na czoło dziewczyny, po czym wezwała
Basona i kazała mu obudzić wszystkich w domu. W sumie nie musiał wykonywać tego
rozkazu. Chłopaki już wstali - ich zmysł szamana podpowiedział, że coś jest nie
tak.
-
Pokażcie mi ją... - Na schodach pojawiła się Kino. Schodziła w dół, wyszukując
kolejnego stopnia swoją drewnianą laską. Kei pobiegł do niej, wspinając się
kilka stopni w górę.
-
Nie wygląda najlepiej... – Szepnął przerażony Ryu.
Kino
westchnęła głośno. Wyciągnęła rękę i położyła ją na czole Kati. Mruknęła z
niezadowoleniem, marszcząc jednocześnie brwi.
-
Nie jest dobrze. To nie jest ludzka choroba, ale jej ciało potrzebuje pomocy.
Do
akcji włączył się czynnie Faust, który przybył do pomieszczenia z Eliza i
teczką wypełnioną narzędziami lekarskimi i lekami.
-
Połóż ją na stole. – Polecił blondyn, patrząc znacząco na młodego Ito.
Brunet
bez zastanowienia wykonał zadanie. Przy Fauście od razu stanęła Kino oraz Anna.
Staruszka zaleciła całej reszcie, abyśmy zaczekali na wynik badania w salonie.
Kei od razu zaczął się stawiać, ale Horo szybko go uciszył.
„Faust
jest lekarzem, pozwól mu pracować.”
Niemiec
zajął się swoją pracą. Zmierzył Kati temperaturę, osłuchał ją, zajrzał do ust i
zbadał reakcję źrenic na światło.
Po
tym wszystkim stanął w wejściu do salonu, gdzie wszyscy czekaliśmy
zniecierpliwieni na jego słowa.
-
Niedobrze... W domu nie zdołamy jej pomóc. Musimy zabrać ją do szpitala.
-
Yoh, dzwoń do Manty. - Powiedziałem. Mój własny głos wydawał mi się obcy. Tak
jakby wszystko dookoła działo się bez mojego udziału.
Niestety
byłem tu. I Kati też tu była. Bezbronna, ranna, konająca z bólu.
Każdy
spojrzał na mnie z niezrozumieniem w oczach. Przewróciłem z politowaniem
oczami.
-
Przecież jego rodzina ma prywatne szpitale! Czy tylko ja tu myślę?! –
Krzyknąłem, będąc zarazem wściekły, jak i zrozpaczony.
-
A, no tak! Jasne! - Yoh rzucił się w stronę telefonu.
-
Co jej jest?! - Zapytał przerażony Kei.
-
Złe moce opętały jej ciało. Ounyo~sama jest niezwykła. – Za Faustem stanęła
Kino. Widać było, że jest wstrząśnięta całym wydarzeniem. Jej zawsze poważny
głos lekko drżał. - U ludzi i szamanów zaraza działa inaczej. Najpierw plami im
dusze, a do skażenia ciała dochodzi bardzo rzadko. U Ounyo~sama zaraza
zadziałała w inny sposób. Pewnie dlatego, że Księżniczka ma silnego ducha, ale
wątłe ciało.
-
Jaka zaraza?! Co to jest?! – Podszedłem do staruszki dość agresywnym korkiem.
-
Zaraza to zaraza. Choroba duszy czy ciała, wyniszcza i zabija. Niestety w tej
chwili nie możemy nic na to poradzić. Jedyne co nam pozostaje, to pomóc jej
ciału przetrwać tą nierówną walkę i wspierać duchowo Ounyo~sama.
-
Jak to nie możesz jej pomóc?! – Wrzasnąłem, łapiąc staruszkę za ramiona.
Patrzyłem na nią przerażony.
-
Ren, spokojnie... - Horo położył mi dłonie na ramionach, odciągając mnie tym
samem od Pani Kino.
-
Jak ja mam być spokojny?! – Wyrwałem się z uścisku Śnieżynki, jednak aby nie
popełniać błędu zrobiłem krok w tył.
-
Dlaczego nie może jej pani pomóc?! - Po drugiej stronie Kino stanął Kei. Nawet
nie wiem kiedy się zbliżył. Moja orientacja była bliska zeru.
-
Ounyo~sama musi sama sobie z tym poradzić. Nie mam mocy, które mogłyby ją
uleczyć... Może Król Duchów, ale na pewno nie ja...
-
Więc zawieźmy ją tam! - Złapałem się mocno na włosy, nieświadomie wyrywając
kilka kosmyków.
-
Nie przeżyje takiej podróży. - Mój entuzjazm został szybko zabity przez Fausta.
-
Mamy miejsce w szpitalu! - Krzyknął Yoh. - Na kartce jest adres!
-
Lecimy tam! - Zarządziłem.
-
Jak? Masz jakieś śmigło w du.. - Uniósł się Ito.
-
Mam coś znacznie lepszego... – Poszedłem do kuchni. Zapach otaczający Kati znów
przyprawił mnie o mdłości. Wziąłem się jednak w garść. Delikatnie i ostrożnie
podniosłem dziewczynę. Była rozpalona, jakby jej wątłe ciało płonęło od
wysokiej temperatury. Do tego zdawała się być dużo cięższa niż wcześniej.
-
Yoh, podaj mi Miecz Błyskawicy! – Krzyknąłem w stronę przyjaciela, kierując się
w stronę wyjścia z domu.
-
Lecimy z tobą. – „Ostrzegła” Anna, która zaczęła się ubierać w odzież
wierzchnią.
-
Nie możemy zabrać się wszyscy, szpital to nie miejsce na zbiegowiska. – Głos
zabrała najstarsza z rodu Asakurów. – Leci z wami Mikihisa, Yoh i Anna. Ja wraz
z mężem przyjedziemy do was taksówką.
-
Ja też lecę! – Zapowiedział młody Ito. Po jego minie widać było, że nie
żartuje. Tak naprawdę chyba nie do końca wiedział co to znaczy „lecieć” w
naszym wykonaniu.
Yoh
przyniósł Miecz Błyskawicy. Z niechęcią przekazałem Kati w ręce Keiji’ego, aby
wykonać kontrolę ducha.
Po
chwili cała nasza szóstka mknęła nad Tokio na ogromnym Basonie. Lecieliśmy na
pełnym gazie.
Kei
tuliłem do siebie jęczącą z bólu Kati. Widziałem, że była ledwo żywa. Co mogło
jej się przydarzyć? Przecież dwa dni temu była zdrową, szczęśliwą dziewczyną!
Pełną nadziei i miłości do świata. A teraz..?
Kati
uchyliła oczy. We mnie zaiskrzyła wiara w ozdrowienie szatynki. Jej wzrok był
jednak nieprzytomny.
-
Ren…? – Zapytała cicho, patrząc na twarz młodego Ito. Po chwili jednak
uśmiechnęła się delikatnie. – Nie… Kei…
-
Kati cichutko, nic nie mów. Zaraz ci pomożemy! Nie trać sił... Trzymaj się,
Maleńka… - Szeptał brunet, tuląc do siebie dziewczynę.
-
Ona... Ona się uśmiechała... – Szatynka nie zwracała uwagi na słowa
przyjaciela. Uśmiechnęła się delikatnie, a w jej oczach można było zauważyć
iskierki radości.
Po
chwili jednak dziewczyna spięła się. Krzyknęła głośno z bólu i ponownie
zemdlała.
Przyspieszyłem.
Czułem
w sercu mieszane uczucia. Z jednej strony to Keiji tulił do siebie Kati, ale z
drugiej… To moje imię wypowiedziała jako pierwsze!
Zganiłem
się mocno w duchu. W takiej sytuacji ja robię jej w myślach scenę zazdrości?!
Jestem strasznym facetem… Dobrze, że chociaż jestem szamanem i mogłem jej pomóc
w szybkim dotarciu do szpitala. To chyba moja jedyna zaleta…
Na
miejscu wszyscy byli już poinformowani, iż sam Oyamada~sama przysłał tu swoją
chorą przyjaciółkę. Faust od razu zaczął wszystko tłumaczyć drugiemu lekarzowi.
Anna jako jedyna kobieta poszła za Kati, którą pielęgniarki zabrały do jednego
z pokoi na szpitalnym łożu.
Mikihisa
zniknął gdzieś w tym całym szaleństwie – w końcu ucieczka od problemu to jego
ulubiona broń.
Na
korytarzu zostaliśmy ja, Kei i Yoh. Całą trójką siedzieliśmy na miękkich
fotelach znajdujących się w poczekalni.
We
mnie aż się gotowało. Myślałem, że zaraz nie wytrzymam i obrócę cały ten
szpital w perzynę.
-
Idę tam! - Zerwałem się z miejsca.
-
Ren, spokojnie. Jest w dobrych rękach. - Yoh próbował mnie uspokoić, używając w
wypowiedzi tego swojego zawsze zrównoważonego tonu.
- W
dobrych rękach?! Chyba jej nie widziałeś, że tak mówisz! – Wrzasnąłem patrząc z
nienawiścią na młodego Asakurę.
-
Jeszcze nigdy nie była w tak złym stanie... - Kei schował twarz w dłonie.
Westchnął rozpaczliwie, po czym rzucił się na mnie.
-
To woja wina, cholerny egoisto! Gdybyś lepiej jej pilnował..!
Wrzasnął
wściekły. Zaczęliśmy wymierzać sobie silne ciosy. Żaden nie dbał o stan tego
drugiego. Byliśmy niczym zwierzęta. Liczyło się jedynie wyładowanie emocji na
tym drugim osobniku.
Oczywiście
Yoh od razu starał się nas rozdzielić, ale z oczywistych powodów nie było to
takie proste.
- Jak
wy się zachowujecie! – Asakura spojrzał na nas z rozpaczą, ale to również nie
poskutkowało.
Dopiero
donośny, twardy, a zarazem sympatyczny głos drobnej pielęgniarki zwrócił naszą
uwagę.
-
Macie natychmiast opuścić szpital! – Powiedziała, patrząc na nas jak na
największych idiotów na świecie. – Dostajecie zakaz na wchodzenie tu, dopóki
nie zmądrzejecie! Wasza przyjaciółka jest bardzo chora, a wy urządzacie tu
przedstawienie. Typowi faceci! To kobieta jest ranna, a oni zachowują się jakby
najbardziej cierpieli! No, co tak patrzycie? Macie iść i przemyśleć swoje
postępowanie! Jak wrócicie opatrzę wam rany! Wyglądacie jakbyście oboje wracali
z frontu, ale najpierw musicie ochłonąć!
Czułem
się jak dziecko w podstawówce, zbesztane przez nauczycielkę. W sumie… Tak też
się zachowaliśmy.
Oboje,
ze spuszczonymi głowami, w zupełnej ciszy pełnej wstydu wyszliśmy przed
szpital. Kei poszedł usiąść na ławkę, a ja oparłem się o pień pobliskiego drzewa. Splunąłem kilka razy krwią
zabarwiając trawę na czerwono.
-
Rozciąłeś mi wargę kretynie… - Wydukałem.
-
Idź się poskarż tej pigule. – Odgryzł się młody Ito, patrząc na mnie spode łba.
Nic
nie odpowiedziałem. Trzeba mu przyznać, ma chłopak ciętą ripostę. I mocne
uderzenie. Niby to tylko człowiek, a bije się jak wytrenowany szaman!
Wytarłem
usta dłonią. Powolnym krokiem podszedłem do ławki, na której siedział brunet.
Usiadłem na przeciwległym końcu, jak najdalej od niego.
-
To moja wina… Nigdy nie umiałem jej zrozumieć. Tak naprawdę… – Kei westchnął
głośno. Wyjął z kieszeni czerwonej kurtki paczkę papierosów i zapalniczkę. Szybko
odpalił zwiniętą w bibułkę dawką tytoniu. Zaciągnął się mocno.
Ja
nic się nie odezwałem. Przyglądałem mu się dokładnie, w międzyczasie
rozmasowując sobie poobijane kłykcie.
-
Zawsze chciałem jej pomóc, ale nie umiałem… Po śmierci macochy często do nas
przychodziła, unikała domu. Nie do końca rozumiałem dlaczego? W końcu powiedziała
mi, że duch Aizawy~san siedzi w pokoju i cały czas ją obserwuje. Oczywiście wyśmiałem
ją. – Prychnął pod nosem, kręcąc z politowaniem głową. Zrobił dłuższą przerwę
na mocniejsze zaciągnięcie się papierosem. – Moce uzdrowicielki umiałem sobie
jakoś wytłumaczyć. No wiesz, złote ręce, pozytywna energia… Ale duchy? Zawsze
byłem do nich sceptycznie nastawiony. Duch stróż? Śmiechu warte… Jakby ludzie
naprawdę mieli anioły, broniące ich przed złem, to świat nie byłby takim
okropnym miejscem.
Zaśmiałem
się pod nosem. Chłopak spojrzał na mnie z niezadowoleniem. Chyba nie takiej
reakcji się spodziewał.
-
Wybacz… Po prostu to nie tak działa.
-
Teraz wiem… Twój Bason jest… No łał. Leciałem na duchu. – Kei brzmiał, jakby
sam siebie uświadamiał w tym fakcie. Wsunął opakowanie z fajkami i zapalniczkę
ponownie do kurtki. Przeczesał palcami włosy. – Ona potrzebowała kogoś kto ją
wyciągnie z tego bagna. Potrzebowała was… Wy ją rozumiecie.
-
Nie do końca. Schrzaniłem wszystko… Powinieneś mnie zabić. Zraniłem ją… -
Przyznałem to na głos nie tylko przed brunetek, ale i przed samym sobą.
-
Jak przestanie mnie boleć brzuch, to ci znowu przywalę… Masz mocny strzał
Krasnoludku.
-
Idź się poskarż tej pigule. – Warknąłem.
Kei
zaśmiał się pod nosem. Chwilę posiedzieliśmy w milczeniu, aż w końcu Ito spalił
papierosa i wyrzucił peta do kosza.
-
Ren, to prawda z tą całą Księżniczką?
- A
jak myślisz? – Odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Znów zapanowała między nami cisza.
-
Nie mogę w to uwierzyć. - Westchnął Kei. – Moja Kati Księżniczką Duchów…
Fuknąłem
dość głośno. Nawet nie chodziło o to, że Ito nazwał Kati per „moja”. Byłem zły,
że to wszystko tak się potoczyło. Czy zawsze jak już zacznie się układać, coś
musi zawsze pójść nie tak? Jak to jest w tym parszywym życiu?
-
Kati jest niezwykła. Inna niż wszystkie dziewczyny. Cały czas się uśmiecha,
jest radosna… Pomaga innym, chociaż sama nie ma nic. Nie liczy pieniędzy, nie
zależy jej na bogactwie… Jak jej powiedzieliśmy o tym, że jest Księżniczką…
Posmutniała. Tak strasznie… I od razu zaczęła martwić się, że zostawi ciebie i
twoich rodziców…
Kei
uśmiechnął się.
-
Zawsze taka była. Jak jej dałem pieniądze, umiała kupić sobie coś do jedzenia,
a potem oddać to jakimś innym bezdomnym. Nigdy nie chciała…
-
Nie mówmy o niej jakby umarła. – Powiedziałem nagle bardzo poważnym tonem.
Spojrzałem na niego ostro.
-
Widzisz w jakim jest stanie! Ona… Przelewała mi się przez ręce… I ta jej skóra…
Znam ją od urodzenia, a jej nie poznałem…
-
Faust nie jest zwykłym lekarzem. On jej pomoże. Na pewno jej pomoże… Mi pomógł.
– Zacząłem bawić się w Kei’ego i to ja zacząłem zapewniać samego siebie na głos,
że „wszystko będzie dobrze”.
- A
jak wyzdrowieje… To co dalej? – Ito spojrzał na mnie pytająco.
-
Nie wiem… - Odpowiedziałem szybko. – Jej tytuł książęcy… Komplikuje wszystko.
- A
co? Jej królewska rodzina nie zechce takiego biedaka jak ty? – Brunet chyba nie
mógł oprzeć się tym złośliwym uwagom.
-
Akurat moja rodzina jest bardzo bogata i wpływowa. Jesteśmy właścicielami kilku
hoteli i lotnisk, więc o pieniądze nie musisz się martwić.
-
Więc Paniczu co takiego jest z Kati nie tak, że jej książęcość wszystko
komplikuje?
- I
tak nie zrozumiesz… - Parsknąłem niczym rozjuszony kot. - Nie będę mógł się z
nią spotykać, aż nie zostanę Królem Szamanów.
-
Co? – Ito spojrzał na mnie zaskoczony.
-
Tu jesteście… Uspokoiliście się już? – Za nami pojawił się Yoh.
-
Co z Kati? – Zapytaliśmy jednocześnie.
- Nic
nie wiadomo. Anna nie wychodziła, a pielęgniarki nie chcą nic powiedzieć… -
Asakura westchnął cicho. Widziałem po jego minie, że również nie czuł się
najlepiej. - Ale ja w innej sprawie. Ren, musisz załatwić transport.
-
Dla Kati?
- Nie.
Dla Wielkiej Rady. Chcą tu przylecieć. Ojciec ich powiadomił o całej sytuacji…
-
Jasne, zaraz zadzwonię do Jun.
Zaoferowałem
się. Wyjąłem z kieszeni telefon i wybiłem odpowiedni numer.
Jedno
jest pewne.
Zrobię
wszystko, żeby Kati wyszła z tego cało.
Wszystko!
To jest po prostu piękne i cudowne i... i no nie wiem jak to określić... dobra nie jestem na polskim :p więc po prostu fajne. Mam nadzieję, że ta historia dostanie pięknę zakończenię i że napiszesz jej kontynułacje.
OdpowiedzUsuń