środa, 1 marca 2017

3 września 2000 – niedziela (Kati)

         - Cześć Maleńka! – Kei wszedł do pokoju z tym swoim głupkowatym uśmieszkiem. Zmierzyłam go zimnym wzrokiem, po czym wróciłam do robienia palcem dziurki w bułce.
- No przestań… - Jęknął niezadowolony z mojego zachowania. Wyciągnął przed siebie trzymaną w dłoniach reklamówkę. – Proszę, to dla ciebie!
- Nie chce – powiedziałam twardo, odwracając od niego głowę.
- Daj już spokój. – Brunet wyjął pudełko z siatki. Odkrył wieko.
W środku znajdowała się nowa para trampek. Białe z różowymi sznurówkami. Wyglądały niesamowicie, szczególnie przy moich starych, brudnych, podartych butach.
– Przymierz.
- Są ładne, ale i tak ich nie założę  – powiedziałam twardo. – Obiecałeś, że już więcej nic nie ukradniesz!
- Kati, wiem, ale taka okazja… Nawet nie zauważyłem, kiedy to się stało… - Kei próbował się tłumaczyć. Spojrzałam na niego uważnie, podnosząc jedną brew. – Zresztą, ten chłopak nie wyglądał na kogoś, komu czegokolwiek brakuje!
- To nie argument! – Krzyknęłam, wpychając sobie do ust miękkie ciasto z bułki.
- Maleńka, zrozum, już niedługo przyjdzie zima. Ten chłopak zapomni o tych pieniądzach, o mnie i o tobie, i dalej będzie chodził na siłownię i basen! A ty dzięki tym butom może nie zamarzniesz! – Zielonooki postawił pudełko obok mojego posłania. – To prezent ode mnie. Zrób z nim co chcesz.
- Yhym. – Mruknęłam. Wyciągnęłam pieczywo w jego stronę. – Chcesz?
- Nie… - Ito położył mi dłoń na głowie i zmierzwił mi włosy. Uśmiechnął się przyjaźnie.  – Może przyjdziesz dziś do nas na obiad?
- Nie dzięki. Obiecałam Nakatoni~san, że dziś pomogę jej przy namiocie. Pewnie zjem u niej. – Powoli zaczęłam wcinać bułkę. – Ale dzięki za zaproszenie.
- Wiesz przecież, że u nas zawsze jesteś mile widziana. Nawet możesz u nas zamieszkać… - Zaczął, lecz szybko mu przerwałam.
- Kei, ja wiem, że masz jak najlepsze chęci, ale naprawdę nie chcę. I tak żyjecie w dwupokojowym mieszkaniu w czwórkę. Jest wam ciężko beze mnie. – Strzepałam okruszki z mojej bluzki, po czym oparłam się plecami o ścianę. Chłód betonu od razu przeszył moje ciało. W pomieszczeniu była dość niska temperatura, chociaż na dworze panowało piekło. 
- Mamy to wszystko tylko dzięki tobie. To przecież ty… - Kei zaczął się mocno ekscytować i machać rękoma.
- Nie lubię o tym mówić. – Szepnęłam, odwracając od niego wzrok.
         Chłopak zaśmiał się. Usiadł koło mnie na tatami. Objął mnie ramieniem i lekko do siebie przytulił.
- Przecież wiem, Maleńka. – Brunet poczochrał mi włosy. – Ale do końca będę ci za to dziękować.
         Rodzina Ito składa się z Kei’ego, jego rodziców oraz babci. Byli jedynymi z niewielu, którzy wiedzieli o moich zdolnościach. A należeli do jeszcze mniejszego grona osób, które te zdolności akceptowało.
         Potrafię uzdrawiać. Tata Kei’ego był bardzo chory. Nie wiem dokładnie co mu było, ale nie mógł nawet wstać z łóżka. Właśnie wtedy Kei zaczął kraść, aby utrzymać mamę, babcie i chorego tatę. Przez przypadek udało mi się ocalić Ito~san.
Teraz mężczyzna ma się dobrze, a choroba całkowicie ustąpiła. Wrócił do pracy, ale długi zaciągnięte w trakcie niedoli, nie pozwalają rodzinie żyć na dostatecznym poziomie.
- Nie musisz. – Wstałam z tatami. Wyciągnęłam się. – Wybacz, ale cię opuszczę. Nakatoni~san czeka… I zabierz stąd te buty, bo ktoś je ukradnie.
- Więc jednak nie są ci takie obojętne. – Zaśmiał się brunet.
Nic nie powiedziałam. Obróciłam się napięcie. Wyszłam z pomieszczenia, zostawiając chłopaka samego.
         Wyszłam przed budynek. Niestety nie mogłam nazwać tego moim domem. Obecnie zamieszkiwałam opuszczoną kamienicę, przeznaczoną do rozbiórki. Rozgościłam się w jednym z mieszkań, ale nie był to szczyt moich marzeń.
Od dawna przyzwyczajona byłam do niskich temperatur, więc zimno mi nie przeszkadzało. Problemem był brak wody i prądu. Sąsiedzi też nie byli zbyt mili. Najczęściej to pijana starszyzna, z którą ciężko się porozumieć.
         Wyszłam na uliczkę. Naprzeciwko kamienicy, w której teraz mieszkałam, stały inne stare budynki, tylko w trochę lepszym stanie. W nich ludzie mieszkali legalnie, a nie tak jak ja. Codziennie musiałam mijać czarno-żółte wstążki i napis „Uwaga! Grozi zawaleniem!”.
         Musiałam przejść krętymi zakamarkami dzielnicy, aż w końcu doszłam do głównej ulicy. Szłam jeszcze spory kawałek, aż dotarłam do jednego z miejskich parków. Tam, za kotarą rozłożystych krzaków, mieścił się wodoodporny, duży namiot. Wybiegła z niego siedmioletnia brunetka o czekoladowych oczkach. Miała na sobie fioletową bluzkę z białym króliczkiem oraz krótkie, czarne spodenki.
- Kati! – Krzyknęła i rzuciła mi się na szyję. Złapałam ją i mocno przytuliłam.
- Cześć, Sata. – Odstawiłam dziewczynkę na trawnik. Wsadziłam rękę do kieszeni. Wyjęłam z niej trzy cukierki. Dałam je dziewczynce. – Proszę bardzo.
- Dziękuję, Kati! – Wyszczerzyła swoje ząbki.
- Za bardzo ją rozpieszczasz… - Z namiotu wyszła Nakatoni~san. Była to młoda kobieta, na pewno nie mająca więcej niż trzydzieści lat. Ubrana w przewiewną żółtą sukienkę, spod której wyglądał niewielki, okrągły brzuszek. Była w ciąży.
Wyglądała bardzo promiennie. Miała ciemne włosy spięte w wysoki kucyk i granatowe oczy.
- Bez przesady. To tylko trzy cukierki. – Zaśmiałam się. Podeszłam do kobiety. Położyłam jej rękę na brzuchu. – Jak się czuje maluch?
- Nie daje mi spać… - Jęknęła kobieta. – A ten drugi diabełek nie jest lepszy. Kiedyś sama się przekonasz, jak będziesz miała dzieci.
- Jeszcze nie czas dla mnie na myślenie o dzieciach. Po za tym, jaki chłopak zechce bezdomną sierotę? - Westchnęłam ciężko. Przez chwilę głaskałam kobietę po brzuchu. Dziecko momentalnie się uspokoiło.
- A ten młodzieniec Kei? – Nakatoni spojrzała na mnie chytrze.
- Niech mnie pani nie rozśmiesza! – Prychnęłam. – Przecież to mój.. Brat! Nie mogłabym się z nim związać, nawet jeśli byłby ostatnim chłopakiem na Ziemi.
- Tak się tylko mówi. – Zarechotała brunetka.
         Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę, po czym zrobiłam pranie i ugotowałam obiad. Nie mogłam pozwolić, żeby kobieta w ciąży się przemęczała! Zresztą, Sata mi trochę pomogła.
- Może zostaniesz i zjesz z nami? – Nakatoni~san spojrzała na mnie z uśmiechem. – Zaraz wróci mój mąż.
- Nie, dziękuję. Idę na obiad do Kei’ego. – Uśmiechnęłam się. Nie lubiłam objadać ludzi. Sama sobie dawałam rady, nie potrzebowałam przeszkadzać nikomu z moich znajomych.
- I mówisz, że to tylko twój brat? - Brunetka spojrzała na mnie wymownie.
Przewróciłam oczami z politowaniem.
- Bo tak jest! Bardzo dziękuję za propozycję, ale już się będę zbierać. – Przytuliłam na pożegnanie dziewczynkę i pomachałam kobiecie. Obiecałam, że zajrzę do nich niedługo.
         Wracałam powoli parkiem. Nie śpieszyło mi się. Nie miałam po co patrzeć na zegarek. I tak nikt na mnie nie czekał.
         Nagle w oddali zobaczyłam znajomą mi postać. Poznałam go po charakterystycznej fryzurze. Czub na głowie wskazywał na jedno – naprzeciw mnie biegł Tao Ren wraz z jakimś innym chłopakiem. Obok nich na rowerku jechało dziecko.
Poczerwieniałam i schowałam się w krzaki. Było mi tak głupio z powodu tego portfela.
Nie chciałam się przyznawać, ale nie mogłam zapomnieć o tym chłopaku. Jest naprawdę przystojny.
Ale to nie moja liga.
Kiedy tylko oddalili się na wystarczającą odległość, wyszłam zza liści. Że też akurat ten park musiał być trasą ich biegu!
Miałam nadzieję, że już nie spotkam złotookiego. Teraz tym bardziej wiem, że nie mogę założyć tych trampek od Kei’ego.
Włóczyłam się trochę po mieście. Miałam kiepski humor. Patrzyłam na kolorowe wystawy, mając świadomość, że nigdy nie będzie mnie stać żeby kupić sobie większość z tych rzeczy.
Te czerwone buty na wystawie kosztowały tyle jenów! Mogłabym za to przeżyć rok!
         Weszłam w jedną z bocznych uliczek. Tam zauważyłam coś niepokojącego. Pod ścianą siedział Nakatoni Hideki.
Miał czarne włosy i niebieskie oczy. Jego poszarpana kurtka była zakrwawiona, podobnie jak twarz. Przeraziłam się.
- Co się stało?! – Krzyknęłam.
- Jestem skończony… - Jęknął. Wyczułam od niego alkohol. Mężczyzna spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
- Znowu pan pił! Obiecał pan żonie, że już pan nie będzie! – Krzyknęłam z wyrzutem. Wyjęłam z kieszeni spodni chusteczki. Wyciągnęłam jedną, chcąc wytrzeć rannemu krew z twarzy. 
- Zamknij się! Co ty możesz wiedzieć o życiu! – Odepchnął mnie dość mocno. Upadłam na ziemię.
Nie poznawałam go… Zazwyczaj był miły i radosny.
– Nie mamy pieniędzy! Pożyczyłem od Taki’ego… Teraz chce spłaty…
- O nie… - Szepnęłam przerażona.
Bardzo dobrze znałam Taki’ego. Kiedyś mieszkałam razem z nim w domu. Można powiedzieć, że nawet tworzyliśmy rodzinę. Potem jednak odszedł jego ojciec, a Taki zaczął obracać się w podejrzanym towarzystwie. Po stracie męża, pani Aizawa przeszła załamanie psychiczne. Dopóki żyła, jeszcze wytrzymywałam, ale potem musiałam odejść... Tej kobiecie nie mogłam pomóc. Alkohol zabrał jej resztkę życia i wciągnął do grobu.
Uciekłam od Taki’ego, kiedy tylko zostaliśmy w domu jedynymi żywymi istotami. Chłopak może sam w sobie nie był taki zły, ale towarzystwo, w którym się wychował i sytuacja, w jakiej się znalazł, sprawiły, iż stał się osiedlowym tyranem. Zajmował się kradzieżami i sprzedażą narkotyków oraz pożyczaniem pieniędzy na bardzo wysoki procent.
- I tak już nie mamy nic. Co niby chcą nam zabrać?! – Mężczyzna rozpłakał się. – Chce, żeby Sata miała szczęśliwe dzieciństwo… Żeby się niczym nie martwiła… A tu…
- Proszę się nie martwić. Coś poradzimy. – Usiadłam obok bruneta. Teraz zauważyłam, że miał roztrzaskany nos. Wyciągnęłam przed siebie dłoń i położyłam ją na twarzy mężczyzny. Ręka zaczęła świecić delikatną poświatą, a rany mężczyzny zagoiły się. – Zrób coś dla tej małej i nie pij więcej. One czekają na pana z obiadem. Chcą zjeść razem z mężem i tatą…
- C-co ty robisz? - Mężczyzna spojrzał na mnie zszokowany. Odsunął moją rękę od swojego nosa. Odskoczył ode mnie jak oparzony.
- A to… - Zapomniałam, że oni jeszcze nie wiedzą o moich umiejętnościach. Uśmiechnęłam się przyjaźnie. – Nie bój się. Mogę cię uleczyć…
Stanęłam na kolana i wyciągnęłam ku niemu rękę.
- Nigdy więcej nie zbliżaj się do mojej rodziny, Wiedźmo! –Wrzasnął. Odepchnął moją dłoń.
- Nakatoni~san! Przecież nic nie zrobiłam - powiedziałam. Siedziałam na asfalcie ze spuszczoną głową.
- Jesteś dziwadłem! Nie masz prawa przychodzić do mojej żony! – Złapał mnie za bluzkę i podniósł. Zazwyczaj spokojny mężczyzna pod wpływem szoku i alkoholu stał się nieobliczalnym potworem. - Poradzimy sobie bez ciebie! Jeszcze raz cię zobaczę przy naszym namiocie, a pożałujesz!
Wrzeszczał mi prosto w twarz.
- Nakatoni~san… - Wymamrotałam. – Puść mnie.
- Jakim prawem dotykałaś mojej żony?! Chcesz przenieść na moje dziecko swoje czary!? – Zaczął mną trząść. Byłam lekka, więc miotanie moim ciałem nie sprawiało mężczyźnie większego wrażenia.
- Przestań… - Jęknęłam. Chwyciłam gomocno za nadgarstki.
         Byłam zła. Przecież chciałam tylko mu pomóc, jakim prawem mnie obrażał? Nie chciałam nikomu nic zrobić! Po prostu miałam nadzieję, że w końcu znajdę swoje miejsce, że będę mogła pomóc w tej rodzinie w trudnej sytuacji! Niedawno spalił im się dom. Co w tym złego, że przychodziłam zrobić pranie ciężarnej kobiecie?
         Nim zdążyłam cokolwiek zrobić spod moich palców zaczął wydobywać się dym. Mężczyzna wrzasnął z bólu. Odrzucił mnie na chodnik, a sam przerażony spojrzał na swoje ręce. Na nadgarstkach miał ślady spalenizny idealnie pasujące do kształtu moich chudych dłoni.
- Wiedźma! – Wrzasnął opętany. – To tacy jak ty spalili mi dom! Wynoś się stąd!
Krzyczał w niebogłosy. Złapał za kamień leżący na chodniku i rzucił nim we mnie.
Mój instynkt nakazał mi uciekać. Zerwałam się z miejsca.
Biegłam prosto przed siebie, nie zwracając uwagi na to gdzie się kieruję.
         Zwolniłam dopiero po pokonaniu kilkunastu uliczek. Załapałam się za ramię, w które uderzył kamień. Zaczęłam głośno łkać.
Dlaczego był dla mnie taki okrutny? I co się stało z moimi dłońmi? Dlaczego go zraniłam? Przecież tego nie chciałam!
- Chyba naprawdę jestem wiedźmą… - Szepnęłam sama do siebie. Objęłam rękoma moje kolana. Było mi okropnie zimno, mimo niezbyt niskiej temperatury. Czułam się okropnie.
Nigdy nikogo nie skrzywdziłam. To był pierwszy raz! Zawsze moja moc polegała na leczeniu, a teraz? Zraniłam człowieka! Jestem okropną osobą.
         Zaczął padać deszcz. Zdziwiło mnie to trochę, bo cały dzień świeciło słońce. Teraz zimne krople spadały po mnie. Chyba dobrze byłoby wrócić do domu. Podniosłam głowę do góry. Zamarłam.
         Przede mną klęczał duch. Była to młoda dziewczyna w moim wieku, może trochę starsza. Miała czerwone, opuchnięte oczy i ślady po cięciach na rękach. Ubrana była w białą bokserkę oraz czarne spodnie.
- Życie… - Wymamrotała półgłosem, po czym rzuciła się na mnie
- O nie… - Jęknęłam. Odsunęłam się w ostatnim momencie. Pośpiesznie wstałam i zaczęłam biec przed siebie. Zjawa nie dawała za wygraną. Krzyczała ten jeden wyraz, który niczym magnes przyciągał inne zagubione dusze.
         Tak bardzo boję się duchów! A teraz goni mnie ich pokaźna gromada.
 Czasem, kiedy używałam moich mocy, przychodziły do mnie. Nie wiem czego ode mnie chciały, ale zawsze były przerażające i rzucały się na mnie niczym zwierzyna łowna na ofiarę.
- Odejdźcie! – Krzyczałam. Potknęłam się i wleciałam w kałużę. Kolana mnie zabolały, ale nie mogłam się zatrzymać. Nie tutaj… Duchy rozerwałyby mnie na strzępy. Szybko podniosłam się i biegłam dalej.
W oddali zauważyłam starą świątynię. Zawsze chowałam się tu podczas „ataku”. Zagubieni nie mogli wejść do „uświęconych” miejsc, a ten budynek do takowych należał, mimo iż był zapomniany przez cały świat. Nie różnił się niczym od zwykłych świątyń w Tokio, oprócz tego, że dachówki spadały z dachu, a ściany były obdrapane i pobazgrane przez tutejszych chuliganów.
Zamaszystym ruchem odsunęłam drzwi świątyni i momentalnie je zasunęłam za sobą. Słyszałam stłumione jęki duchów, ale starałam się na nich nie skupiać.
         Byłam przerażona, zmarznięta i zapłakana. 
- Życie… Oddaj nam swoje życie! Chodź do nas! – Krzyczały duchy. Zatkałam uszy rękoma.
          Nie chcę się już dłużej bać.
Nie chcę być sama.
Proszę niech ktoś tu ze mną będzie…
Ktokolwiek…

2 komentarze:

  1. Love it :3 Szczególnie końcówkę XD Pan Nakatoni (czy jak mu tam) nieładnie się zachował. Że niby Kati czary na jego dzieciaka rzuca? Skandal! Niech ja go dorwę. Od razu też mówię, że uwielbiam Kei'a :3 Od razu mi przypadł do gustu.
    Dobra, zaraz wysiadam, więc resztę koma napiszę, jak będę w domu XD

    Pozdro!
    ~ Halley S.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobra, to kończymy to coś. Wiesz co, nie myślałam, że Kati jest osobą z tego rodzaju "nie chcę nikogo niczym obarczać". Szczerze mówiąc, mam jakiś uraz do takich osób, ale postaram się przetrzymać :P No dobra, nie mam już pomysłów, więc kończę. Dodam jeszcze tylko, że najbardziej podobały mi się duchy i to całe "Nie chcę się już dłużej bać. [...] Ktokolwiek..."
      Ok... No, to by było na tyle... Może następny będzie dłuższy (w sensie, że mój komentarz XD)?

      Pozdro!
      ~ Halley S.

      Usuń