Nie poszedłem dzisiaj
do szkoły. Zgodnie z zapowiedziami, postanowiłem wziąć Kati na zakupy do
galerii handlowej.
Jeszcze nigdy nie
wiedziałem tak zachwyconego sklepami człowieka. Dziewczyna z początku czuła się
nieswojo, ale potem rozkręciła się na całego.
Jej zielone oczy
błyszczały z zachwytu, ale ręce trzymała sztywno przy sobie. Rozglądała sie
dookoła jakby przytłoczona ogromem powierzchni, na której się znajdowała.
Jednocześnie wzdychała z rozmarzeniem widząc sklepowe wystawy.
- Pierwszy raz jesteś w
galerii? - Zapytałem z lekkim uśmiechem.
- Nie... - Pomachała
przecząco głową. Odwróciła ode mnie wzrok. - Kiedyś byłam tu z Kei'm... Jak
byliśmy mali...
- Zwinął coś i
musieliście uciekać? - Zażartowałem.
- Skąd wiesz?! - Dziewczyna
poczerwieniała na twarzy. Podniosła przód kaptura, tak aby móc schować w nim
twarz.
Zdziwiłem się.
Nie myślałem że to
prawda!
- Zgadywałem...-
Westchnąłem. - Nie martw się, ja nic nie ukradnę, możesz być spokojna.
- A co jak mnie
pamiętają? - Zapytała przerażona.
- Całkiem możliwe. -
Uśmiechnąłem się nieco wrednie. Widząc jednak jej przerażoną minę uspokoiłem
się. Postanowiłem zmienić temat. - Musimy ci kupić cieplejsze ubrania.
- Ale wiesz, że ja
nie...
- Nie chcę słyszeć o
pieniądzach. - Ostrzegłem. - Należysz teraz do naszej rodziny. A tu wszystko
jest wspólne!
- To aż zadziwiające,
jak bardzo jesteście zżyci ze sobą. Wiele razem przeszliście. Hm… To… W sumie
tak jak ja z Kei’m! – Kati aż klasnęła w
dłonie. Mi mina z zrzedła. Nie ukrywam tego, że nie znalazłem ze złodziejem wspólnego
języka…
Pomimo to postanowiłem
tego nie komentować.
Wiem.
To nie w moim stylu,
ale… Nie chcę mieć wroga w Księżniczce.
- I tak kiedyś ci oddam
wszystkie pieniądze, jakie we mnie zainwestowałeś! - Zapewniła.
- Nie wątpię... -
Zaśmiałem się tylko, po czym weszliśmy do sklepu.
Kati nieśmiało spoglądała
na półki. Znałem ten wzrok. Kobiety mają taki, kiedy coś im się podoba. Postanowiłem
ją trochę rozruszać.
- Możesz wybierać i
przymierzać co tylko zechcesz.
- Ale to wypada?
- Pewnie że tak. W końcu
nie możesz zapłacić za ubranie którego nie zmierzyłaś. Oj, musisz pogadać z
Jun, ona by cię szybko nauczyła robić zakupy.
- Jun to twoja siostra,
prawda? - Kati spojrzała na mnie pytająco.
- Tak. Uwielbia zakupy.
Jakby mogła, zamieszkałaby w sklepie... - Pokręciłem głową z politowaniem.
- Dlaczego nie mieszka
z tobą?
- Eem… - Nie
spodziewałem się takiego pytania. - Wiesz... Ja chodzę tu do szkoły, a ona
edukuje się w Chinach...
- Rozumiem. - Dziewczyna skinęła głową.
Jej wzrok na chwile
utkwił gdzieś za moimi plecami. Obróciłem się. Za mną wisiała czarna, skórzana
kurtka. Uśmiechnąłem się.
- Podoba ci się? -
Zapytałem. Podszedłem i zdjąłem ubranie z wieszaka. - Przymierz.
Podałem kurtkę
dziewczynie, po czym przyciągnąłem ją do lustra. Ta grzecznie wykonała
polecenie.
- Wyglądasz pięknie,
ale... - Nauczyłem się w moim krótkim (aczkolwiek burzliwym) życiu, że zanim kobietę
skrytykujesz, musisz ją najpierw pochwalić.
- Jak w worku? -
Dokończyła Kati.
- Chudziutka jesteś. –
Stwierdziłem, przyglądając jej się dokładnie.
Podszedłem do
ekspedientki i zapytałem o inny rozmiar kurtki.
- Przykro mi, ale to
XS. Nie mamy mniejszych rozmiarów.
Ślicznie
podziękowaliśmy i poszliśmy do innego sklepu.
I tak zaczęła się nasza
podróż.
Wędrowaliśmy od sklepu
do sklepu i mimo ogromu towarów, nic nie mogliśmy znaleźć. Albo nie pasował
rozmiar, albo krój.
- Jestem
beznadziejna... - Westchnęła Kati.
- Nie beznadziejna,
tylko za chuda. Ile ty ważysz? - Zapytałem już lekko zrezygnowany.
- Nie wiem, nigdy się
nie ważyłam...
Szliśmy właśnie coś
zjeść. Oboje musieliśmy nabrać sił na dalsze szabrowanie sklepów.
Na szczęście na
ostatnim piętrze galerii znajdowały się stoliki otoczone rozmaitymi
restauracyjkami oraz kino.
Wchodząc na ruchome
schody, Kati zawsze kurczowo łapała mnie za rękaw i zamykała oczy. Mi to
bynajmniej nie przeszkadzało. Wyglądała wtedy słodko. Nie rozumiałem tylko,
czego ona się boi?
Będąc już na piętrze rozejrzałem
się za jakąś dobrą restauracją, w której moglibyśmy zjeść coś smacznego.
- Co powiesz na sushi?
– Zapytałem patrząc na Aizawę. Ta tylko kiwnęła głową. – Wiesz, że nie musisz
się na wszystko zgadzać?
- Wiem, ale nie znam
się ani na modzie, ani na jedzeniu, a lubię twój gust i smak, więc… Liczę na
ciebie.
- Dziękuję. –
Uśmiechnąłem się lekko.
Poczułem się nieco
dziwnie. To… Brzmiało trochę jak komplement. Nie wiem jak się zachować… Dlatego
podszedłem szybko do jednego ze stolików. Zarzuciłem na krzesło swój płaszcz i
szalik, jakie cały dzień nosiłem w rękach (w tej galerii nie ma czegoś takiego
jak „szatnia”, a szkoda bo by się przydała).
Odsunąłem siedzenie, wskazując
dłonią, aby dziewczyna usiadła. Kati uśmiechnęła się do mnie zadowolona.
-
To jak tak na mnie liczysz, to ja idę coś zamówić. – Zapowiedziałem, chcąc jak
najszybciej uciec od niezręcznej ciszy.
Ustawiłem
się w kolejce, złożyłem zamówienie i zaczekałem chwilę. Ekspedienta prawie że
po minucie podała mi wybrane zestawy. Cóż, były to tak zwane „bary szybkiej
obsługi”.
Szybko, tanio, średnio
smacznie… No, ale w życiu nie można mieć wszystkiego. W Pach Village jadało się
gorsze rzeczy.
Z jedzeniem wróciłem do Kati, która rozglądała
się dookoła. Patrzyła na ludzi z delikatnym, ciepłym uśmiechem. Miałem
wrażenie, jakby czerpała radość z samego przebywania tutaj.
Tak jakby sama akceptacja
obecności dziewczyny przez otoczenie, cieszyła ją.
-
Proszę bardzo. – Podsunąłem pod nos Kati tacę z sushi. Usiadłem naprzeciwko
niej.
Aizawa przez chwile nic
się nie odzywała, tylko patrzyła na mnie swoimi wielkimi, zielonymi oczyma.
Miałem wrażenie, że zaraz się w nich utopię…
-
Trochę mnie przerażają takie miejsca. – Powiedziała w końcu.
-
Bo boisz się ruchomych schodów? – Zakpiłem nieumyślnie. Powinienem ugryźć się w
język, ale… Taka już moja wredna natura! Nic na to nie poradzę!
Zielonooka
poczerwieniała na policzkach przez mój komentarz.
-
Nie! Nie o to mi chodziło… - Powiedziała, machając głową w lewo i prawo, jakby
chcąc „strzepać” z policzków czerwoną barwę.
-
A o co?
- Bo… Ludzie gnają za
pieniędzmi i rzeczami, które tak naprawdę nie są im potrzebne… Nie powiem,
fajnie jest mieć nowy telefon i w ogóle, ale tak w gruncie rzeczy to nie jest niezbędne.
Ja nawet nie umiem włączyć komputera, a żyję. Co prawda sprzęty ułatwiają wiele
rzeczy, ale… Czy w pogoni za pieniędzmi nie gubimy samych siebie? Bo zobacz… -
Kati oczami pokazała na rodzinę siedzącą kilka stolików obok.
Ojciec miał w dłoniach
tablet i poprawiając co raz okulary, natrętnie stukał w ekran, jakby od tego
zależało jego życie. Matka rozmawiała przez telefon. Dość głośno zresztą, przez
co doskonale mogliśmy słyszeć o czym mówi: „…w następnym tygodniu jadę w
delegację. Do Ameryki… Nie, nie stresuję się. Mała zostanie z ojcem, więc mogę
spokojnie oddać się pracy...”.
- Nie jestem mała! –
Krzyknęła siedząca między nimi dziewczyna. Wyglądała na jakieś 9 lat. –
Zabraliście mi telefon, a sami cały czas siedzicie na Internecie!
- Przypominam, że
zabraliśmy ci go za złe oceny… - Ojciec nawet nie podniósł wzroku znad tabletu.
- To nie moja wina, że
matematyczka się na mnie uwzięła!
- Ja w twoim wieku
marzyłem o takich szkołach jak są dzisiaj.
- Czy ty mnie w ogóle
słuchasz?!
- Przestańcie oboje,
nie widzicie że rozmawiam? – Matka przykryła dłonią słuchawkę telefonu.
- Uh! – „Mała” warknęła
wściekle. Wstała zamaszyście, tak że aż krzesło upadło na ziemię. – Nienawidzę
was!
Wrzasnęła, po czym
odbiegła w sobie tylko znanym kierunku.
Jej rodzice krzyknęli
coś w stylu „Wróć tu młoda panno!”, ale żadne nie wstało. Nie kwapili się nawet
podnieść krzesła.
Mnie to jakoś nie
wzruszyło. Mój ojciec miał dużo „cięższą rękę”. Chyba wszyscy wiemy o co chodzi…
No… Może nie wszyscy.
- Zaraz wracam... –
Kati zerwała się nagle z miejsca i podeszła do małżeństwa siedzącego przy
stoliku.
Postanowiłem nie
wtrącać się, dopóki dziewczynie nic nie grozi.
Aizawa podeszła i
najspokojniej w świecie podniosła krzesło.
- Wasza córka musi być
bardzo nieszczęśliwa. – Powiedziała spokojnie.
- Odejdź stąd. To nie
twoja sprawa dzieciaku. – Ojciec tylko przelotnie spojrzał na Kati. Potem znów
zabrał się za oglądanie tabletu. A raczej intensywne niszczenie go palcem.
Dziewczyna mocno
zacisnęła dłonie na oparciu krzesła. Patrzyła kurczowo w blat stołu, tak jakby
miała tam wyświetloną jakąś przemowę.
- W jednym z parków w
naszym mieście mieszka rodzina. Kiedyś byli bogaci, ale ich firma
zbankrutowała. On zainwestował pieniądze w złym momencie i z dnia na dzień
stali się biedakami. Starał się zaciągnąć pożyczkę i wszystko naprawić, ale to
tylko pogrążyło ich bardziej. Poznał niewłaściwych ludzi… Stracili cały
majątek, razem z domem.
- Tak kończą przegrani.
– Zaśmiał się mężczyzna.
- Mają siedmioletnią
córkę… - Kati ciągnęła swój wywód jak gdyby nigdy nic. - … oraz jeszcze
nienarodzonego dzidziusia. I są szczęśliwi.
- Jasne… Biedacy
wmawiają sobie, że pieniądze szczęścia nie dają, żeby nie było im przykro. –
Matka odłożyła w końcu telefon.
- Codziennie kiedy on
wraca do domu, ona gotuje obiad. Jedzą razem. Mimo biedy trzymają się razem.
Codziennie po posiłku bawią się z córeczką. Ostatnio podczas zabawy dla Saty
wyleciał pierwszy mleczak. Jej tata trzyma to w woreczku w lewej kieszeni
spodni, żeby jego córka zawsze była przy nim. Wie Pan kiedy pańskiej córce
wyleciał pierwszy ząb?
- A po co miałbym to
wiedzieć? – Żachnął się mężczyzna.
- Bo Satę rana po zębie
mocno bolała. Płakała przez godzinę w ramionach matki, aż nie usnęła. Czy
kiedykolwiek wasza córka płakała Pani w ramię?
Oboje zamilkli.
- Wasza córka nie jest
złym dzieckiem. Pewnie specjalnie olewa szkołę, bo chce żebyście ją zauważyli.
Chce zwrócić na siebie państwa uwagę. Ona… Krzyczy… Po cichu… Ale jej duch łka
cały czas…
Kati położyła jedną
rękę na piersi, a jej twarz wyrażała ból. Prawdziwy grymas cierpienia.
- A wasze duchy… Są
takie ciche… Szare… Jakbyście przestawali… Być ludźmi…
Aż mnie zamurowało.
- Dlaczego my cię
jeszcze słuchamy!? – Kobieta wstała gwałtownie. Wrzuciła telefon do torebki. -
Chodź kochanie. Idziemy po Irimi. Musimy ją znaleźć, nim ta wariatka zupełnie
namiesza nam w głowach!
Mężczyzna bez słowa
wstał i ruszył za żoną.
Kati uśmiechnęła się,
tak jakby to odejście sprawiło jej dużo radości. Wróciła do mnie i usiadła, jak
gdyby nigdy nic.
- Jemy? – Zapytała biorąc
pałeczki. – Itadakimasu!
Krzyknęła i zaczęła
jeść.
- Itadakumasu… -
Szepnąłem. Patrzyłem na nią jak zaczarowany. - Kati… Co to było?
- Co?
- No… To… Tak do nich
podeszłaś i w ogóle… Skąd wiedziałaś tyle o tej dziewczynie..?
- A to… - Kati
poczerwieniała na policzkach. – Czasem… Czuję emocje… To jest jak muzyka… Jak
kolory.
- Kolory…?
Przyznam się szczerze…
Rozumiałem coraz mniej.
- Tak. Tak jak różne
utwory czy barwy wywołują różne emocje, tak i ludzie otaczają się rozmaitą gamą
odczuć… Nie wiem jak to lepiej wytłumaczyć… Pewnie myślisz teraz, że jestem nienormalna.
- Nie, mów dalej.
Słucham cię. – Powiedziałem. Naprawdę zainteresowało mnie to co mówiła.
- Każdy człowiek otacza
się taką… Aurą. Im mniej jest wyczuwalna, tym człowiek mniej czuje… Może nie
mniej czuje, a bardziej cierpi… Najgorsi są ci cisi… Szarzy, bez emocji… Tak
jakby… Ich dusze już umarły…
Ostatnie zadanie
szepnęła, ściskając dłonią mocno bluzę na piersi. Schyliła się delikatnie,
jakby chowając w ramionach.
- Jesteś niesamowita. –
Powiedziałem pewnie.
- Ja…? Wiesz. To dzięki
tobie. – Kati nieśmiało podniosła wzrok, patrząc na mnie. – Wcześniej uciekałam
od tego uczucia, ale teraz… Kiedy już wiem o szamanach i duchach i w ogóle… Teraz
staram się to zrozumieć. Nauczyć rozpoznawać te aury… Dzięki temu, że poznałam
was… Wiem, że już nie jestem sama!
- I już nigdy nie
będziesz. – Wypaliłem. Wyrwało mi się! Poczułem, że czerwienieję na policzkach.
To nie jest fajne uczucie!
Nasze spojrzenia się
spotkały. Nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku. To było takie… Dziwne!
Szybko spuściłem głowę
i zacząłem jak opętany wpychać w siebie sushi.
Jaki ja jestem głupi!
Przestraszyłem się tej
sytuacji jak jakiś gówniarz!
Nie mam za dużego
doświadczenia z dziewczynami, ale czuję że powinienem się inaczej zachować. W
sumie jeśli chodzi o doświadczenie… To tak właściwie nie mam żadnego!
- Może pójdziemy razem
do opery? – Zaproponowałem. Po chwili dopiero zacząłem się zastanawiać co ja
powiedziałem.
O nie!
Zamieniam się w Horo!
Najpierw robię, potem
myślę!
- Opery? – Zapytała
głucho szatynka.
- T-tak. Lubię operę…
- Hm… Co prawda nigdy
nie byłam w operze, ale z chęcią z tobą pójdę! - Dziewczyna zgodziła się od
razu.
Uśmiechnąłem się z
zadowoleniem. Chyba w tej chwili… Zaprosiłem na randkę dziewczynę!
Chociaż… Czy my właśnie
nie jesteśmy na randce?
Na tą myśl znowu
spuściłem głowę.
Stanowczo za dużo sobie
wyobrażam … Ona jest Księżniczką Duchów, a ja? Dopóki nie mam Korony Króla
Szamanów, jestem zwykłym szamanem…
Jadłem w spokoju, słuchając
miłego głosu Kati. Opowiedziała mi dokładnie o tych „aurach”, które widzi. Nic
jednak nie wspomniała o mojej…
Cóż. Pewnie nie mam
czego żałować.
Po zjedzeniu odstawiliśmy
tace na miejsce.
Musieliśmy kupić jeszcze
tą nieszczęsną kurtkę dla Kati.
Niestety większość
sklepów była już przez nas obejrzana wzdłuż i w szerz.
- Kids Word! –
Krzyknąłem nagle. Aizawa aż podskoczyła. Chyba wybiłem ją z zadumy.
- Co?
- No taki sklep…
Przykro mi, ale dopóki się nie utuczysz, będziesz się ubierać na działach
dziecięcych.
- Ej! – Dostałem
kuksańca w żebra. – Co to znaczy „dopóki się nie utuczę”?
Tylko zaśmiałem się pod
nosem.
I oczywiście trafiłem z
tym pomysłem!
Szary płaszcz, który
wybrała Kati był cieplutki i ładny. Dodatkowo na nią pasował!
Co prawda był na
dziecko w wieku 7-8 lat… Ale cóż. Ważne, że szatynka wyglądała w nim ładnie.
Zapłaciliśmy, po czym
wyszliśmy ze sklepu.
Aizawa była
rozpromieniona i szczęśliwa. Widziałem to dokładnie! I dzięki temu sam czułem
się zadowolony.
Wychodząc z galerii
zobaczyliśmy rodzinę, której Kati (mniej, czy bardziej świadomie) pomogła.
Imiri przytulała się do
mamy, a ojciec obejmował obie kobiety. W oczach wszystkich były łzy, ale nie
wydaje mi się żeby to była smutna chwila.
Cała trójka uśmiechała
się ze wzruszenia. Po dłuższej chwili rodzice wzięli dziewczynkę za ręce i
razem, śmiejąc się wesoło ruszyli na parking. Zniknęli nam z oczu, chowając się
pomiędzy rzędem samochodów.
- Jesteś wspaniała. –
Powiedziałem nieświadomie, jednak szczerze.
- Przesadzasz… -
Dziewczyna poczerwieniała na policzkach.
- Nie, nie przesadzam.
– Stanąłem. Dziewczyna zrobiła to samo. Spojrzała na mnie pytająco.
Ja nie miałem żadnych
pytań. Widziałem, że to księżniczka. Prawdziwa Księżniczka Duchów.
- Ktoś taki jak ty jest
potrzebny dla tego świata…
Przekonałem się też co
do jednego – zakochałem się w Kati. To coś całkowicie nowego i trochę się
obawiam, ale patrząc na nią chcę się mimowolnie uśmiechać. Jej głos jest
najprzyjemniejszy na świecie, a w tych zielonych, soczystych oczach mógłbym się
zatopić. W każdym filmie tak to się objawia, więc to chyba to… Po za tym tak
dziwnie mi bije przy niej serce.
Cholera… Ja się nie
mogłem zakochać!
O czym ja myślę?!
- Ja potrzebna dla
świata? Przesadzasz Ren! – Zaśmiała się Kati.
Boję się tego, że ona o
niczym nie wie. Zasługuje na szczerość, ale umówiliśmy się, że dopóki
Asakurowie nie przyjadą będziemy jej tylko pilnować.
To nie fair.
Dlatego też wychodząc z
galerii miałem bardzo mieszane uczucia. Cieszyłem się, że mogłem spędzić z Kati
chwilę sam na sam, ale z drugiej strony…
To mogą być nasze
ostatnie chwilę razem, tylko we dwoje.
Ruszyliśmy w stronę
domu.
Patrzyliśmy na siebie i
się śmialiśmy.
Pomimo obaw, z Kati
przy boku czułem się naprawdę szczęśliwy.
Chciałbym zatrzymać
czas.
Niech sobota nigdy nie
nadejdzie!
Całkiem zabawny ten rozdział :) Rozkminy Ren`a są tak sprzeczne, że chyba bardziej się nie da i ta jego niepewność jak się zachować przez co się irytuje no idealnie Ci to wychodzi! Poza tym wagarowanie od czasu do czasu nikomu nie zaszkodziło. Bardzo mi się podobał ten moment kiedy Kati zaczęła mówić o duchach tych rodziców potem o aurze, świetnie to przedstawiłaś, tak prawdziwie :)
OdpowiedzUsuńCzekam na ciąg dalszy! Pozdrawiam Aomori