wtorek, 24 października 2017

21 września 2000 – czwartek (Ren)

            - Jutro przyjedzie Horo Horo i Pilica! W piątek ma dojechać Ryu i Choco. Nie wiem co z Faustem, ale po Lyserg’a trzeba będzie dzisiaj pojechać na lotnisko. - Yoh siedział na swoim tatami. Wydawał się być bardzo zadowolony. Od rana gadał jak nakręcony o przyjeździe całej naszej paczki.
            Wszyscy przyjaciele mają się do soboty zebrać u nas w domu, w celu zapoznania się z Księżniczką i bezpiecznego odeskortowania jej do Króla Duchów.
            - A co, Pan Wielki Detektyw sam nie trafi? – Warknąłem. Stałem oparty o parapet i patrzyłem przez okno.
Dzień zaczął się już na dobre, ale nie za wiele osób chodziło po naszej ulicy. To spokojna dzielnica Tokio i zamieszkiwały ją zazwyczaj albo ustatkowane rodziny, albo osoby starsze.
            - Jesteś zły na Lyserg’a? – Wyczułem w głosie Asakury nutkę zdziwienia.
            - Nie, dlaczego miałbym być zły na Lyserg’a? –Zapytałem, nawet nie patrząc na przyjaciela.
            - To co się stało?
            - Nic. – Ponownie warknąłem.
            Yoh wstał i podszedł do mnie. Położył mi rękę na ramieniu.
            - Zostaw mnie. – Odsunąłem się od chłopaka. Oparłem o parapet, twarz kierując ku wnętrzu. Założyłem ręce na piersi na znak swojego „buntu”.
            - Ren? Zachowujesz się dziwnie… Czy… Czy to ma coś związanego z tym co jest między tobą a Kati?
            - A skąd niby wiesz, że coś miedzy nami jest?
            - Przecież to widać na kilometr, że ona ci się podoba!– Zaśmiał się Yoh.
- Nie śmiej się ze mnie! – Wrzasnąłem.
- Nie śmieję. – Twarz Asakury wyrażała mieszankę spokoju i szczęścia. – To przecież nic złego, że się zakochałeś. Na każdego kiedyś przyjdzie pora.
- Wątpię. Śnieżynki pewnie nikt nie zachce…
- Skoro ciebie ktoś chce, to dla niego też się jakaś dziewczyna znajdzie. Nie znasz przysłowia „każda potwora znajdzie swego amatora”? – Zarechotał szatyn.
- Co to znaczy „nawet ciebie ktoś chce”?! –Spojrzałem na niego srogo.
- O nic, o nic. Przecież żartuję. A tak właściwie… Było coś już między wami? – Asakura zrobił j bardzo zaciekawioną minę. Nachylił się w moją stronę, zaglądając mi z zaciekawieniem w oczy.
- Pewnie że nic nie było! – Żachnąłem się. Odbiłem od parapetu i zacząłem iść przez pokój.
- Nie musisz się tak denerwować Ren… Przecież znacie się od niedawna i…
- Oh, Yoh czy ty nic nie rozumiesz? Ona jest Księżniczką! – Ponownie odwróciłem się w stronę przyjaciela. - Za  dwa dni Kati zniknie stąd i zamieszka u Króla Duchów! I dopóki nie zostanę Królem Szamanów, pewnie nie będę miał bezpośredniego wstępu do pałacu, nie uważasz?
- Ren...
– Po za tym  powinniśmy jej to powiedzieć już teraz. – Przerwałem mu. Nie chciałem słuchać jego wywodu,  że ”wszystko będzie wspaniale”. - Nie czekajmy na twoich dziadków. Ona zasługuje na prawdę…
 - Dziadkowie będą już w sobotę. Trzeba najpierw sprawdzić, czy to naprawdę ona i…
- To jest ona! Gdybyś widział to co ja..! Ona jest… Niesamowita!
- Wiem. Ale Anna i dziadkowie uważają, że tak będzie lepiej. Powiemy jej jak będą wszyscy. Będziemy mogli ją wtedy spokojnie i bezpiecznie odprowadzić do Króla Duchów, ale… Ty nie chcesz jej nigdzie odprowadzać.
Odwróciłem wzrok od Asakury.
- A ty chciałbyś wywieść Annę na Bliski Wschód? – Zapytałem patrząc w podłogę.  Nie musiał nic mówić. Doskonale wiedziałem, że nie. – Boję się, że jak pozna Króla Duchów… No, że wiesz. Że już nie będzie… Że… Że o nas zapomni…
- Ren, trochę zaufania…
- Ufam jej!
- Więc o co się martwisz? – Yoh uśmiechnął się potrzepująco. – Kiedy ostatnio rozmawiałeś z Choco?
- Ten idiota dzwonił do mnie w sobotę, zawracał mi głowę prawie godzinę.
- A kiedy ostatnio go widziałeś?
Zamilkłem. Wiem co Yoh chce mi powiedzieć. Mimo, że nie będę się widzieć z Kati, to nasza więź zostanie i takie tam…
Tyle, że Kati nie będzie kelnerką gdzieś w Nowym Yorku, tylko Księżniczką Duchów w Pach Village.
Tego już jednak nie powiedziałem.
Może rzeczywiście, niepotrzebnie się martwię?
Ale… Myślę, że tu martwić się trzeba. Jest tyle niewiadomych i zmiennych. Boję się wyjazdu Kati, ale bardziej… Jej reakcji na wiadomość, że to właśnie ona jest zbawicielką świata?
- Zobaczysz, wszystko się dobrze ułoży. – Yoh uśmiechnął się do mnie tak, jak tylko on potrafi.
Westchnąłem, nie komentując jego nadmiernego optymizmu i radości.
Nasza rozmowa została brutalnie przerwana przez głos Anny, która zawołała nas na obiad.
Spokojnie zeszliśmy do jadalni. Obiad minął nam w spokojnej, rodzinnej atmosferze. Razem śmialiśmy się i żartowaliśmy. Kati chyba już na dobre zaaklimatyzowała się w naszym domu. Nie rumieniła się na każde słowo i czuła swobodę. Najczęściej jednak nic nie mówiła, a przysłuchiwała się naszym opowieściom.
- Kiedy chłopaki pozmywają, będą musieli pojechać na lotnisko po Lyserga.
- To ten detektyw, prawda? – Kati spojrzała na mnie pytająco. Ja jedynie skinąłem głową dla potwierdzenia.
- Cieszę się, że znowu wszystkich spotkamy! – Tamao uśmiechnęła się promiennie. – Już nie mogę się doczekać, aż się zobaczymy…
- To może wszyscy  pojedźmy po Lyserg’a? – Yoh wyszczerzył swoje ząbki.
- Ale o szesnastej zaczyna się maraton „K jak Kocham”… Będą przypominać cały pierwszy sezon. – Anna odpłynęła w swoich marzeniach.
- Zlituj się, znasz te smęty na pamięć… - Westchnąłem ciężko.
- Jakby twoje gry były lepsze! – Blondynka posłała mi ostrzegawcze spojrzenie.
- Anno, przejdź się z nami. – Kati zwróciła się w stronę Kyoyamy. Patrzyła na nią swoimi zielonymi, lśniącymi oczyma. - Maraton w telewizji będzie jeszcze nie jeden raz!
- Lyserg’a też zobaczę nie jeden raz…
- Tamao, a ty co na to?
- Sama nie wiem… Chyba jestem za wycieczką… - Różowowłosa poczerwieniała na twarzy.
- Dobra, też idę. Ale tylko dlatego, że Kati idzie. – Zapowiedziała Anna.
- Świetnie! – Yoh uśmiechnął się ze szczęścia. Wstał od stołu, po czym zaczął zbierać naczynia.
- A ty co robisz? – Zapytałem.
- Przecież Anna powiedziała, że pójdziemy na lotnisko kiedy pozmywamy. Więc wstawaj i mi pomóż. – Asakura spojrzał na mnie wymownie.
- A to rozumiem, że wycieczka to jest jakaś forma nagrody? – Zaśmiałem się. Wstałem i pomogłem przyjacielowi.
W tym samym czasie dziewczyny przyszykowały się do drogi.
Yoh dodatkowo zadzwonił do Manty i poinformował o naszych planach. Blondyn zapowiedział, że będzie czekał na nas na przystanku metra.
Przyjęliśmy to z ogólną radością.
Popołudnie zapowiadało się naprawdę wspaniale. Wesoło rozmawialiśmy, atmosfera była przesympatyczna.
Całą szóstką przejechaliśmy metrem w inną część Tokio. Zmierzaliśmy na lotnisko, na którym zgodnie z obietnicami miał dzisiaj zjawić się Lyserg.
Po drodze dziewczyny oceniały mijane na wystawach ubrania,  a my skupialiśmy się raczej na reklamach nowych gier i filmów.
- Nigdy nie byłam w tej części Tokio. – Przyznała się Kati. Rozglądała się uważnie, chłonąc widziane obrazy.
- Niedaleko jest lotnisko rodziny Tao. – Zaśmiał się Yoh. – Z tego miejsca wyruszaliśmy do Pach Village.
- Lotnisko rodziny Tao? – Szatynka powtórzyła głucho.
- Rodzina Ren’a jest bardzo zamożna. Ma lotniska, hotele, sklepy… - Zaczęła wyliczać Anna.
Ja zauważyłem jak mina Kati staje się przerażona. Chociaż chciałem zachować kamienną twarz, mój organizm nie zgadzał się z tym założeniem.
Praktycznie w przeciągu kilku sekund stałem się mocno bordowy na twarzy.
- Bez przesady… - Szepnąłem.
- Bez przesady? Masz nawet swojego kucyka. Jak bogate panienki w filmach! – Zarechotał Yoh.
- Ren, tak właściwie masz służbę? – Manta wciągnął się w rozbawiony humor szatyna. – Przeżywasz codzienny masaż stóp, mocząc dłonie w płatkach róż?
- Zamknijcie się! - Warknąłem. – Cieszcie się, że pochodzę z tak wielkiego i szanowanego rodu, i nie wypada mi was bić przy damach!
- Jasne… Paniczu Tao. – Zarechotał Yoh.
- Oh, już się nie mogę doczekać aż Turniej ponownie się rozpocznie! Wtedy wam pokażę! – Krzyknąłem i aby zapewnić o moim oburzeniu, założyłam ręce na piersi.
Reszta zaśmiała się rozbawiona.
Spojrzałem ukradkiem na Kati. Dziewczyna wcisnęła dłonie w kieszenie płaszcza. Nie patrzyła na mnie, tylko rozmawiała wesoło z Tamao.
Różowowłosa z początku  wstydziła się Aizawy, nie wiedziała jak się przy niej zachować. W końcu status Księżniczki Duchów może przytłoczyć… Ale już po pierwszym dniu jak Kati z nami zamieszkała, dziewczyny znalazły między sobą nić zrozumienia.
Uśmiechnąłem się. Może… Może Yoh ma rację?
Może wszystko dobrze się ułoży?
Może…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz