poniedziałek, 30 października 2017

21 września 2000 – czwartek (Kati)

          To lotnisko było przeogromne!
            Dobrze, że byłam z przyjaciółmi, bo inaczej pewnie zgubiłabym się i umarła z głodu, w którymś skrzydle lotniska.
            Lyserg okazał się miłym, dość wątłym chłopakiem z bardzo kobiecą urodą.
Chociaż przy mnie i tak wyglądał męsko.
            - To zaszczyt cię poznać. - Widząc mnie, głęboko się ukłonił.
            Chyba trochę przesadzał z tą nadmierną kulturą… Może chciał pokazać, że szanuje japońskie tradycje?
            - Mi również miło… Mów mi Kati! – Uśmiechnęłam się.
            - Kati? – Zapytał lekko zdziwiony. Po chwili jednak skinął porozumiewawczo głową. – Jestem Lyserg.
            Wszyscy przywitaliśmy się miło i serdecznie. Poznałam ślicznego ducha stróża Anglika. Cloe jest niesamowita! To mała, przesłodka wróżka!
Szliśmy właśnie z lotniska w stronę metra. Lyserg opowiadał o swojej podróży samolotem. Jego stróż znalazł sobie wygodne siedzisko na moim ramieniu. Nie przeszkadzała mi to. Wręcz przeciwnie!
Nagle poczułam niesamowite uczycie, przeszywające mnie do szpiku kości. Ból i strach rozchodzące się po całym moim ciele.
Rozejrzałam się i bez problemu mogłam wskazać miejsce, z którego pochodzi fala negatywnych emocji.
Wyrwałam z miejsca.
            Biegłam co sił w nogach, nie zwracając uwagi na krzyki przyjaciół za moimi plecami. Aż Cloe spadła z mojego ramienia!
            Wróżce na szczęście nic się nie stało, po fikołku w powietrzu wzleciała wysoko na swoich skrzydełkach.
            - Wybacz! – Krzyknęłam nawet się nie odwracając.
            Emocje były coraz silniejsze.
            W końcu zauważyłam skąd pochodzi ten ból i strach…
            Wokół wejścia do pobliskiego banku ustawiła się spora grupka gapiów. Dzięki swojemu małemu ciału zwinnie prześlizgnęłam się przez tłum.
            Za szklanymi drzwiami stał mężczyzna w czarnej kominiarce. W dłoniach trzymał broń, którą mierzył do stojącej za ladą ekspedientki. Cała reszta personelu oraz klienci banku leżeli na podłodze z rękoma położonymi na karku.
Bez namysłu wtargnęłam do środka.
- Nie rób tego! – Krzyknęłam. Mężczyzna chyba się przestraszył. Odwrócił się i teraz celował lufą w moją stronę.
- Stój! Nie ruszaj się! – Wrzasnął. Dłonie mu się trzęsły, przez co broń lekko drżała. Patrzyłam na nią z niemałym szokiem.
Pierwszy raz ktoś celował do mnie z broni!
- Nie rób tego… Oboje wiemy, że nie chcesz nikogo zabić… - Powiedziałam spokojnym głosem. Uśmiechnęłam się delikatnie. – Ci ludzie nic ci nie zrobili… Nie mierz do nich z broni. Możesz niechcący kogoś skrzywdzić.
- Zamknij się dzieciaku! Ręce za głowę i na ziemię! – Bandyta skinął na mnie pistoletem. Po chwili wycelował w ekspedientkę. – A ty pakuj! Nie będę tu czekał wiecznie!
Zrobiłam kilka kroków w stronę mężczyzny.
- Spokojnie… Może Pan zrobić komuś krzywdę. Niech Pan to odłoży…
- Dzieciaku, czy ty nie rozumiesz! – Przestępca podszedł do mnie i zaczął wymachiwać mi bronią przed oczami. - Jak zaraz się nie uspokoisz to cię zastrzelę!
- Wierzę w Pana. – Uśmiechnęłam się do niego szczerze.
Nagle usłyszeliśmy na ulicy duży harmider i syreny policyjne. Jakiś funkcjonariusz zaczął krzyczeć coś przez megafon.
Nie słuchałam go jednak.
Skupiłam się na oczach mężczyzny, który patrzył na mnie z niedowierzaniem. Jego brązowe oczy były wypełnione determinacją.
- Nic nie wiesz Mała! – Warknął.
Uśmiechnęłam się radośnie. Kei też do mnie mówi „Mała”. Czy to jakiś ogólno znany zwrot chuliganów odnoszący się do małych dziewczyn?
- Niech Pan wypuści tych biednych, przerażonych ludzi. Nic nie zrobili. Ja tu z Panem zostanę. – Zaproponowałam.
- Nie chce ich mordować, chcę pieniędzy! – Krzyknął. Odwrócił się ode mnie i podszedł do lady. Zabrał od ekspedientki plecak, który był wypchany pieniędzmi.
- I co teraz Pan zrobi? Jeśli Pan wyjdzie, złapie Pana policja. – Powiedziałam spokojnym głosem.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Ludzie jakby uspokoili się. Atmosfera zrobiła się przedziwna, bo… Wręcz naturalna.
Tak jakby moja rozmowa uspokoiła nerwy wszystkich tu zebranych.
- Nie wiem jeszcze co zrobię! Potrzebuję tych pieniędzy, rozumiesz?! – Wrzasnął. Widziałam, że był spanikowany. Zaczął niebezpiecznie machać bronią.
- Spokojnie… - Podeszłam do niego. Mężczyzna przyłożył mi broń do skroni. Widziałam w jego oczach panikę i desperację. – Wypuść tych ludzi. Zostanę z tobą. Możesz wziąć mnie za zakładnika.
Przestępca chwilę pomyślał. Rozejrzał się dookoła.
- Słyszeliście ją? Już was tu nie ma!! Przekażcie, że mam zakładniczkę!  - Mężczyzna zaczął celować bronią w każdego po kolei.
Ludzie pośpiesznie, w dość głośnej atmosferze wyszli z banku.
Zostałam sama z bandytą.
To nie tak, że się nie bałam.
Bałam się i to bardzo, ale jednocześnie czułam, że on był bardziej przerażony ode mnie. Dodatkowo wiedziałam, że bandyta potrzebuje pomocy.
Jego dusza o nią błagała.
Mężczyzna opuścił broń. Spojrzał na mnie.
- Dlaczego tu weszłaś? Przecież mogłem cię zastrzelić? – Zapytał. Pokręcił z politowaniem. - Dziecko, co z tobą nie tak?!
- Zwyczajnie czuję, że nie jest Pan złym człowiekiem. Po prostu Pan zbłądził… - Wyjaśniłam mu. Spojrzałam na kanapę stojącą pod ścianą. – Może usiądziemy?
Mężczyzna skinął głową. Oboje usiedliśmy.
- Więc… Dlaczego to zrobiłeś..? – Zapytałam spokojnie.
- I tak nie zrozumiesz! – Warknął. Wymierzył we mnie bronią. – A może wezmę cię dla okupu?!
- Możesz próbować, ale jestem bezdomną sierotą. – Zaśmiałam się. – Chociaż w sumie… Mam bogatego przyjaciela. Ale niech się Pan nie napala. On raczej by z Panem nie dyskutował… Z tego co wiem silny niego przeciwnik…
Mężczyzna westchnął ciężko.
- Kogo ja oszukuję? I tak nie byłbym w stanie cię porwać. Jesteś… Dziwna. Ale w takim pozytywnym znaczeniu. Jak moja córeczka podrośnie, chciałbym, żeby była taka jak ty.
Przez chwilę skupiłam się na jego uczuciach.
- To o nią chodzi, prawda?
Nagle w pomieszczeniu zmaterializował się Bason.
- Wszystko w porządku? Mamy interweniować? – Zapytał.
- Nie. – Pokręciłam przecząco głową. – Powiedz dla Ren’a żeby się nie martwił. Wszystko jest dobrze.
- Do kogo mówisz? – Zapytał przestępca. Poczerwieniałam na policzkach.
- Pewnie nie uwierzysz, ale przed chwilą pojawił się tu mój zaprzyjaźniony duch. – Wyjaśniłam. Spojrzałam na wojownika. – Leć do reszty, niedługo będę.
- Miałaś rację, nie uwierzyłem ci… - Mężczyzna patrzył na mnie podejrzanie.
- Wiem. Miałam przez to dużo problemów. Nie każdy akceptuje odmienność…
- Wiem. To właśnie dlatego są mi potrzebne te pieniądze… Moja córeczka… Moja mała Chimiro… - Bandyta schował twarz w dłoniach, w jednej nadal trzymając pistolet.
- Co jest twojej córeczce? – Zapytałam.
- Od urodzenia ma chore serce, ale teraz… Jest coraz gorzej. Nie może już chodzić do szkoły, nie może mieć przyjaciół, dzieciństwa… Ona ma tylko siedem lat!
- Nie ma różnicy, czy ktoś ma siedem czy siedemdziesiąt lat. Każde życie jest cenne i każde życie trzeba szanować. – Spojrzałam z wyrzutem na broń. – Nikt nie powinien mieć prawa decydowania o życiu innej istoty.
- Nie mam wyboru! Jeśli nie zdobędę pieniędzy na operację… Chimiro umrze! Zrobię wszystko, żeby nie umarła… - Mężczyzna zaczął cicho łkać. Był bardzo smutny.
- Ale tak jej nie pomogłeś! Teraz oprócz choroby, będzie się zmagała z życiem bez ojca!
- A co ja miałem zrobić twoim zdaniem?!
- Nie wiem… Przyznałam. – Ale teraz już nie ma odwrotu. Będziesz musiał wyjść i się do wszystkiego przyznać.
- Mogę też uciec…
- Jak? Po za tym… Nie pozwolę ci na to. Szkoda mi ciebie i twojej rodziny, ale to w jaki sposób chciałeś rozwiązać swój problem nie jest dobre. Musisz ponieść konsekwencje swojego czynu. Mogłeś kogoś zabić tą bronią!
- Nie mogłem… Nie jest naładowana… - Przyznał mężczyzna.
Zaśmiałam się.
- Wiedziałam, że nie chcesz nikogo skrzywdzić. – Puściłam mu oczko.
- Nie wyjdę stąd… Nie bez pieniędzy na operację!
- Hm… To może… Wejdziemy w układ? – Zapytałam.
Mężczyzna spojrzał na mnie z niezrozumieniem.
- Widzisz, będziesz musiał to zatrzymać w tajemnicy. – Uśmiechnęłam się. – Jeśli teraz wyjdziemy i poddasz się spokojnie policji, ja w zamian pomogę twojej córce.
- Jak? Jak chcesz jej pomóc. Jesteś tylko starsza od niej o kilka lat. Jeśli nie masz prywatnej kliniki i nie jesteś specjalistką w kardiochirurgii nie zdziałasz zbyt wiele.
- Mam coś lepszego… Jestem… Uzdrowicielką. – Nawet nie wiem czy jest takie słowo! Wymyśliłam to na poczekaniu. No cóż… Z Ito~san się udało, więc pomyślałam że i małą Chimiro wyleczę. Wiem że to potrafię, o ile odpowiednio się skupię.
- Mogłabyś wymyśleć lepszą wymówkę… - Prychną nieco zirytowany.
- Ale ja mówię prawdę! – Rozejrzałam się dookoła. Zobaczyłam stojącą w kącie na wpół uschniętą roślinę. Jej liście były lekko zwiędnięte i żółtawe.
Co prawda nigdy nie uleczałam roślin, ale… To też organizmy żywe, prawda? Przynajmniej w jakimś sensie…
- Spójrz! – Rozkazałam.
Wyciągnęłam rękę przed siebie. Maksymalnie skupiłam się na roślinie.
Skoro Ren we mnie wierzy… Skoro Kei we mnie wierzy… Skoro wierzą we mnie wszyscy moi przyjaciele… Musi mi się udać! W końcu od soboty zacznę trening z babcią Yoh!
Muszę jej pokazać coś fajnego!
Maksymalnie spięłam mięśnie w mojej ręce. Wyobraziłam sobie piękny kwitnący kwiat i…
Po chwili naprawdę kwiat stał się ogromny, zielony i piękny!
- Udało się! – Aż wstałam uradowana z kanapy. Uśmiechnęłam się szeroko. – Widziałeś?!
- W-widziałem… Jesteś naprawdę… Niesamowita… - Mężczyzna patrzył na mnie z niedowierzaniem. – I… Naprawdę mogłabyś wyleczyć moją córkę?
- Zrobię wszystko co w mojej mocy.  – Powiedziałam już nieco spokojniej, ale nadal z nutką ekscytacji w głosie.
Ponownie usłyszeliśmy głośny krzyk policjanta, jaki przez megafon nakłaniał bandytę do wyjścia z ukrycia i oddania zakładnika.
- Chyba nie mam wyboru, muszę ci zaufać. I tak mnie zaraz złapią… Nie ucieknę im daleko, pewnie obstawili wszystkie dzielnice… - Westchnął mężczyzna. Schował pistolet do kieszeni. Podszedł do biurka i wyrwał kartkę z niedużego notesika leżącego na biurku.
Nabazgrał na niej nazwę ulicy i numer mieszkania.
- Przeproś ode mnie moje dziewczyny… I powiedz, że je bardzo kocham… - Mężczyzna pociągnął nosem. W jego oczach zaszkliły się łzy. Spojrzał na mnie. – Opłaciło mi się tu przyjść… Inaczej nie poznałbym ciebie. Wierze, że pomożesz Chimiro… W tobie moja nadzieja.
- Zrobię wszystko co w mojej mocy. – Ukłoniłam się nisko.
Bandyta spojrzał na drzwi.
- Jestem gotowy. – Powiedział spokojnie.
- Może ja wyjdę pierwsza? – Zaproponowałam. Położyłam mu rękę na ramieniu. Mężczyzna skinął głową. – Powodzenia. I do zobaczenia!
- Do zobaczenia… - Mężczyzna zdjął z głowy kominiarkę.
Wyglądem przypominał mojego przyrodniego brata – niesforne blond włosy i brązowe oczy. Wyglądał żałośnie taki zapłakany, bezradny, zagubiony. Pocieszał mnie tylko jego delikatny uśmiech nadziei.
Ruszyłam do wyjścia.
Kiedy tylko przekroczyłam próg, zauważyłam dwa radiowozy, które otaczały wejście do sklepu i ośmiu policjantów, celujących do mnie z broni.
Nie no, znowu?
Podniosłam dłonie do góry z uśmiechem.
Byłam oślepiona przez lampy i syreny policyjne. Przeszkadzało mi coś jeszcze – flesze reflektorów. Widocznie dziennikarze zainteresowali się wydarzeniem.
- To tylko zakładniczka… - Powiedział któryś z policjantów. – Nic ci…
Zaczął mówić, ale nie dane mu było skończyć. Jakaś postać przebiegła między policjantami.
Po chwili poczułam jak obejmują mnie silne ramiona Ren’a. „Uderzył” we mnie z taką mocą, że aż musiałam cofnąć się o krok.
Tao położył mi jedną rękę na plecach, drugą na głowie. Przytulił mnie mocno do siebie.
- Nigdy więcej tak nie rób! – Krzyknął zachrypniętym głosem – Nigdy…!
- Przecież nic się nie stało… - Próbowałam się bronić.
- Nic się nie stało?! – Oderwał się ode mnie. Położył mi dłonie na ramionach i lekko potrząsnął. – Ledwie nie umarliśmy ze strachu!
- Przepraszam… - Schyliłam pokornie głowę.
Podleciała do nas Cloe. Wtuliła się w mój policzek. Mimo, iż była duchem mogłam poczuć jak jej emocje biją, niczym serce, które powoli uspokaja się po długim biegu.
- Cześć Maleńka… - Zaśmiałam się radośnie.
- Proszę się odsunąć od wejścia. – Podeszli do nas funkcjonariusze policji.
- Oczywiście. – Ren delikatnie odepchnął mnie, abym odsłoniła drzwi.
- Przepraszam, będzie Pani musiała z nami pojechać na policję i złożyć zeznania… - Jeden z policjantów podszedł do mnie.
Mi zrobiło się lekko gorąco.
- Oczywiście… - Uśmiechnęłam się.
- Więc proszę iść do radiowozu. – Mężczyzna wyglądał na miłego. Około 40-50 lat, siwy z gęstym wąsem pod nosem. Jak taki stereotypowy dobry dziadek.
Odwróciłam się i złapałam Ren’a za rękę. Zaczęłam iść w stronę radiowozu. Po chwili jednak zaczęłam biec w zupełnie innym kierunku.
Ruszyłam ile sił w nogach, cały czas trzymając Tao za rękę.
Policjanci coś za nami krzyknęli, ale byliśmy za szybcy.
- Dlaczego uciekamy?! Przecież nic złego nie zrobiłaś! – Zdziwił się złotooki.
Po kilkuminutowym sprincie stanęliśmy w jednej z mniej uczęszczanych, bocznych uliczek.
Oparłam ręce o kolana, chyląc się do przodu. Sapałam głośno. Miałam wrażenie, że zaraz wypluję płuca.
- M-mówiłam ci… Już… - Wysapałam. – N-nie ma m-nie w systemie… Nigdy nie byłam… Nigdzie zarejestrowana… Zaczęliby węszyć i…
Ren chyba już przestał być zainteresowany moim wywodem.
- Bardzo się martwiłem. Nie rób tak więcej… Dobrze? – Zapytał. W przeciwieństwie do mnie stał prosto i patrzył na moją schyloną sylwetkę z góry.
- Dobrze…
- A jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek jeszcze będzie wymierzał w ciebie bronią, posiekam go mieczem, rozumiesz? I wtedy mnie nie zatrzymasz! – Ren nachylił się spojrzał mi w oczy. Widziałam w jego złotych oczach zaciętość.
Wyprostowałam się. To było niesamowicie miłe, że złotooki mnie tak broni! Takie miłe… Chociaż przesadne! Przecież sama umiem się o siebie zatroszczyć!
Czułam jak policzki zaczynają mnie piec. To co jest pomiędzy nami.. To chyba nie jest „tylko” przyjaźń.
- Po prostu wiedziałam, że on potrzebuje pomocy… - Wyjaśniłam cicho, nie wiedząc co powiedzieć.
- Wiem, że jesteś niesamowita i właśnie dlatego muszę cię chronić. Bo widzę, że sama wpadasz tylko w tarapaty!
- Oj, przesadzasz… - Zaśmiałam się lekko. Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. – Mam nadzieję, że dzięki babci Yoh nauczę się lepiej kontrolować moje moce i przestanę się ich bać w zupełności…
- A nadal się boisz?
- Kiedy jesteś obok to nie. – Uśmiechnęłam się nieśmiało. Ren poczerwieniał delikatnie na policzkach. Spuścił wzrok, gapiąc się w betonowy chodnik.
- Kati… Muszę ci coś powiedzieć! – Tao spojrzał mi w oczy, łapiąc mnie jednocześnie za dłoń. Lekko ją ścisnął.
Nagle usłyszeliśmy głośne chrząknięcie.
- Kati! Co to ma znaczyć!? – Zapytała Anna. Wyglądała jak najbardziej zdenerwowana dziewczyna na Ziemi. Była naprawdę roztrzęsiona!
Od razu odskoczyłam od Ren’a. Oboje byliśmy czerwieni na policzkach.
- Ja… My… - Nie za bardzo wiedziałam, co jej powiedzieć. – Nic złego…
- Już pominę zachowanie Ren’a i was pseudo-romans, ale dlaczego weszłaś tam do tego banku!? Mogłaś tam zginąć! – Kyoyama patrzyła na mnie niczym matka na dziecko, które przyniosło do domu zagrożenie z pięciu przedmiotów.
Uśmiechnęłam się niepewnie.
- Spokojnie… Wiedziałam, że ten człowiek nic mi nie zrobi. – Wyjaśniłam.
- Kati, nie ryzykuj tak nigdy więcej! – Przestrzegła mnie.
- To było bardzo nierozważne. – Yoh uśmiechnął się przyjaźnie.
- Ty akurat nie powinieneś wypowiadać się o nierozwadze! Sam byś skoczył w ogień, żeby ratować innych ludzi. – W mojej obranie stanął Ren.
- Ważne, że wszystko zakończyło się dobrze… - Tamao próbowała załagodzić sytuację.
I w sumie jej się udało. Anna była dalej trochę obrażona, ale nie krzyczała już na mnie.
Szliśmy powoli w stronę stacji metra. Wsiedliśmy do środka wielkiego blaszanego pojazdu, będąc z każdym kilometrem bliżej domu.
- Tak właściwie dlaczego uciekaliście? – Zapytał Lyserg.
Zrobiłam niepewną minę.
- No cóż… Powiedzmy, że nie do końca jestem w dobrych układach z prawem…
- To brzmi jakbyś była przestępcą… - Westchnął Ren.
- Na zbira nie wyglądasz. – Zaśmiał się Anglik.
- Bo nie jestem! – Poczerwieniałam na policzkach ze wstydu.
Reszta zaśmiała się wesoło.
Potem opowiedziałam im w dużym skrócie o mojej niepewnej sytuacji prawnej.
Chyba zrozumieli i już nie zadawali niepotrzebnych pytań.
W spokoju dojechaliśmy do domu, aby tam spędzić wesołe, leniwe popołudnie.
Muszę tylko porozmawiać z Ren’em.
W końcu mam do wykonania misję – uzdrowienie Chimiro!
I… Ciekawe co takiego chciał mi powiedzieć?

1 komentarz:

  1. Umysł Kati jest taki prostolinijny, wręcz bym powiedziała czysty. Tak jakby nie było w nim miejsca na jakieś intrygi tylko sama radość z tego że żyje. I to "wierzę w Ciebie" <3 jak nic jest księżniczką!
    Ren jak się martwi! U lala o mało co a nie wyznałby jej miłości ;) Ulubiony tekst rozdziału? "Już pominę zachowanie Ren’a i wasz pseudo-romans..." x) uwielbiam Annę!
    Czekam na ciąg dalszy :) Pozdrawiam Aomori

    OdpowiedzUsuń